Róża wiatrów Bliski Wschód Paweł Michał Bartolik, Intifada robotnicza
Paweł Michał Bartolik, Intifada robotnicza PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 1
SłabyŚwietny 
Róża Wiatrów - Bliski Wschód
Wpisany przez PMB   
piątek, 06 czerwca 2008 00:36

„Zaczęło się od tego, że policja nagle pojawiła się na ulicach i na targu, mierząc w nas z karabinów. Zdenerwowana kobieta zaczęła krzyczeć: Po co tu jesteście? Chcecie wszcząć wojnę? Nie dość jesteśmy biedni i bezbronni? Chcecie nas jeszcze zabić?


„To, co wydarzyło się 6 kwietnia, powinno się wydarzyć już dawno temu. Ludzie nie są już w stanie znieść tej biedy. Mamy dzieci; muszą jeść i muszą się uczyć. Nie mogłem zapewnić synowi ukończenia szkoły, musiałem go z niej zabrać. I niedługo będę też musiał z niej zabrać córkę.”


„Zastrajkowaliśmy rok temu, dwa lata temu, mieliśmy serię strajków w 1975 i 1986 r. Przerywamy pracę i podejmujemy strajk w fabryce aż otrzymamy, co chcemy. I tak na przykład, gdy w końcu przybył do nas premier i zaofiarował premię w wysokości miesięcznej pensji, nie było to tym, czego żądaliśmy czy czego chcieliśmy. Chcemy całościowej reformy wynagrodzeń. Wobec kosztów życia płace są nędzne – i musi się to zmienić. Tak bardzo wzrosły ceny żywności i zakwaterowania... Podskoczyły wszelkie wydatki na życie. Problemem jest również brak transportu; robotnicy tłoczą się godzinami, oczekując na autobus, który zabierze ich do pracy. To fatalne dla wszystkich. Ceny dotąd rosły rokrocznie, teraz rosną co godzinę.”


To było jak wojna Palestyńczyków z Izraelczykami. Mieliśmy kamienie, a oni karabiny.”


DWA ŚWIATY W ICH WIELKIEJ WALCE


To wypowiedzi mieszkańców egipskiego miasta Mahalla el-Kobra, gdzie w kwietniu siły rządowe krwawo rozprawiły się z protestem mas ludowych – to, co dzieje się w ostatnich latach w tym liczącym niecałe pół miliona mieszkańców mieście, pozostaje niezwykłe: niezłomny opór wbrew coraz bardziej rozpasanym represjom rządowym. Różne źródła podawały liczbę od dwóch do siedmiu ofiar śmiertelnych kwietniowych starć – wśród nich dzieci. Wiele dzieci było też wśród zatrzymanych – i tak jak inni były bite przez bandytów w uniformach: workami z kamieniami, kijami, metalowymi prętami, kopane. Najmłodsi, którzy znaleźli się w celach, mieli osiem lat. Uzbrojeni w szable policjanci przepędzali prawników, pragnących nieść pomoc zatrzymanym i aresztowanym w miejscach, które niektórzy nazywają gułagami Mubaraka.


6 kwietnia Associated Press pisała: „Jak donoszą świadkowie i czynniki oficjalne, siły bezpieczeństwa starły się w niedzielę po południu z robotnikami w pustynnym mieście przemysłowym Mahalla el-Kobra po tym, jak udaremniono plany strajku w największym w kraju kompleksie przemysłowym. Równocześnie wielu mieszkańców stołecznego Kairu odpowiedziało na wezwania działaczy, by w proteście przeciw pogarszającym się warunkom ekonomicznym nie pójść do pracy czy szkoły.” Mówi się o takich czynnikach owej absencji, jak strach przed wybuchem przemocy, wreszcie szalejąca burza piaskowa. Chyba jednak nie mają one nadzwyczajnego znaczenia. „Siły bezpieczeństwa zacieśniły pętlę – w miejscach publicznych pojawiło się pełno policji do tłumienia zamieszek. Jak mówi przedstawiciel sił bezpieczeństwa, zastrzegający sobie anonimowość, gdyż nie upoważniono go do kontaktów z prasą, w Mahalli podczas starć aresztowano czterech robotników, zaś w innych miejscach kraju kolejne 94 osoby, w tym ważnych działaczy politycznych i związkowców.”


Wedle tej samej notki Associated Press 55-letni robotnik z fabryki odzieżowej Ghazl el-Mahalla, stanowiącej centrum teatru wydarzeń, mówił o 150 aresztowanych tego dnia robotnikach. Ta liczba oczywiście jest bardziej wiarygodna – wiedzą o tym choćby uczestnicy protestów, oblegający 7 kwietnia areszt, w którym znaleźli się ci ludzie.


Jeden z egipskich działaczy socjalistycznych donosił wówczas: „Od 16:00 do 22:00 Mahalla doświadczała intifady... intifady w prawdziwym tego słowa znaczeniu... To wszechobecna wojna na ulicach... Trwały walki... Uspokoiło się dopiero pół godziny temu...” Słowo intifada pojawiało się w kontekście tych wydarzeń bezustannie – i ktoś mógłby nawet zaryzykować stwierdzenie, że jeszcze nigdy słowo to nie zyskało w tak dobitny i jasny sposób klasowego wymiaru, gdyby nie to, że już wydarzenia, jakie miały miejsce w Egipcie w 1977 r., gdy prezydentem był Anwar Sadat, zyskały miano chlebowej intifady.


Cóż bowiem koniec końców znaczy intifada? To przecież proste, bardzo proste. Jeden z egipskich aktywistów lewicowych Gehan Szaaban wspominał o dzieciach, „niczym w palestyńskiej intifadzie miotających kamieniami w siły bezpieczeństwa i żołnierzy, i skandujących przy tym: »Nadeszła rewolucja! Nadeszła rewolucja!«”


Jeszcze nie nadeszła, jeszcze nawet nie jest tym, co może nadejść w najbliższych dniach – lecz przecież tylko jakaś reakcyjna godzilla mogłaby ganić owe dzieci za te chiliastyczne nastroje, które nadto bardzo dobitnie wskazują możliwe bardziej długotrwałe dynamiki w Egipcie.


Nie żyje się dla walki, lecz dla zwycięstwa – albo żyje się śmiercią za życia. Walka jest środkiem, nie celem – w świecie, w którym ma tyle twarzy, ilu ludzi żyje na Ziemi, i jeszcze więcej.


Rankiem 6 kwietnia uniemożliwiono dziesiątkom działaczy związkowych wejście na teren zakładu; o 15:00 plac wokół fabryki odzieżowej zajęli tajniacy. Po 15:30, gdy w zakładzie następowała zmiana, policja do tłumienia zamieszek starła się z zebranymi na placu mieszkańcami i robotnikami. Wedle Associated Press część z nich rozważała rezygnację ze strajku – mieli nadzieję na porozumienie z władzami oraz z koncesjonowanymi przez nie, jedynymi legalnymi związkami. Cytowany jest jeden z robotników o mentalności łamistrajka – w taki sposób, jakby wyrażał zdanie przeważającej większości; polska prasa burżuazyjna pozwalała sobie na podobne fikołki, pisząc o strajku górników w „Budryku”.


Dalej zobaczymy, ile racji mają „wolne media”, donosząc o niechęci robotników Ghazl el-Mahalla do strajku – owe przekazy współtworzą zresztą frapujący kanon łabędziego śpiewu z pochwałami egipskich szczekaczek propagandowych dla odpowiedzialnych robotników z Mahalli, którzy nie poszli na lep wichrzycieli, wykazując poszanowanie dla „prawa i porządku”. Tego rodzaju kitu pełno było jeszcze w południe 6 maja. Tymczasem już 5 maja ministerstwo spraw wewnętrznych „przestrzegało przed” (groziło!) wybuchem przemocy, jeśli dojdzie do strajku.


„Od końca stycznia robotnicy w fabryce tekstylnej w Mahalli ogłaszali swą chęć urządzenia 6 kwietnia strajku, jeśli negocjacje z siłami rządowymi nie przyniosą spełnienia ich żądań w postaci godnej płacy minimalnej, jak też poprawy warunków pracy i standardów życiowych” – pisze Jano Charbell, obecny w Mahalli tuż przed tym, jak zrobiło się tam gorąco. – „Kilka tygodni później grupa działaczy politycznych i przywódców partii opozycyjnych ogłosiła, że pragnie również zorganizować 6 kwietnia ogólnonarodowe demonstracje, protesty oraz strajk generalny wobec spadku płac realnych przy podnoszących się kosztach utrzymania, oraz w akcie solidarności z robotnikami Ghazl el-Mahalla.


To wszystko jednak nie ziściło się tak, jak pragnęli organizatorzy. Odwołanie strajku przez reprezentantów robotników w fabryce tekstylnej w Mahalli, chwyty poniżej pasa w postaci pogróżek ze strony ministerstwa spraw wewnętrznych i bezwzględne represje, brak oddolnej organizacji, podziały w łonie przywództwa, przez to wszystko wyrażono niezadowolenie w sposób kiepsko zorganizowany – choć rozbrzmiewało ono w wielu prowincjach, od Aleksandrii na północy po Kenę na południu.”


Joel Beinin, obecny wówczas na miejscu amerykański Żyd, antysyjonista i badacz historii proletariatu arabskiego, profesor uniwersytetów w Kairze i Stanford, tak relacjonował wydarzenia w Mahalli: „Grupa 66000 osób z inicjatywy Facebook zgodziła się uczestniczyć w strajku, lecz komitet go odwołał. Nie spodobało się to młodszym uczestnikom kampanii. Zatem kończący zmianę w fabryce robotnicy wyszli w niedzielę o wpół do czwartej na plac. Zawiązała się demonstracja, domagano się głównie podwyżek płac. W końcu demonstranci obrzucili siły bezpieczeństwa kamieniami. Opuściłem to miejsce, gdy zrobiło się naprawdę gorąco. Zaraz potem wróciłem, wzniecił się pożar; ludzie opowiadają, że spalono szkoły. Bezpieczniacy podjęli próby rozproszenia tłumu, poczułem, że czas opuścić miasto. Wsiedliśmy do samochodu, by się ewakuować, lecz droga z miasta stanęła w płomieniach. Pożar był bardzo regularny, więc przyszło nam do głowy, że to robota władz. Wywołano go, by zablokować całe miasto, do którego zmierzały posiłki. Zamknięto nas w puszce. Zdołaliśmy znaleźć drogę ucieczki i wróciliśmy do Kairu. Teraz cały obszar pozostaje odcięty od świata.” Mówiono o „nieoficjalnej godzinie policyjnej” – z mikrofonów rozlegały się wezwania do mieszkańców, by pozostali w domach. Jednak ludzie coraz tłumniej wylegli na ulice – początkowo było ich około 2000 (niektóre źródła podają jednak dużo wyższe dane szacunkowe), lecz gdy 7 kwietnia miasto przeżywało prawdziwe oblężenie, ich liczba wzrosła do 20000, a wedle niektórych źródeł nawet 40000-50000.


Oto rozbudzone masy, na które kiepsko raczej działają gaz łzawiący, czy kauczukowe, a nawet ostre kule!


Nieraz zaś mają wręcz efekt odwrotny do zamierzonego. John Reed, naoczny świadek rosyjskiego Października – który nazwał jedną z najwspanialszych awantur jakie widziała ludzkość – i autor poświęconej mu książki Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem, wspomina, jak Kiereński, szturmując Piotrogród, wydał rozkaz ostrzelania garnizonu wojskowego, który zamierzał w dniach wojny domowej pozostać neutralny. Osiem ofiar w koszarach sprawiło, że znajdujący się tam żołnierze przestali być neutralni – bynajmniej jednak nie podporządkowali się jego rozkazom. Podobnie, choć skala awantury egipskiej – bez względu na to, jak obiecującej – wciąż niestety w żadnym razie nie jest tu porównywalna, rzecz miała się z tymi mieszkańcami objętego walkami miasta, którzy przypatrywali się narastającym zniszczeniom w ich okolicy. Do sardonicznego gniewu doprowadził ich incydent w postaci zastrzelenia przez siły bezpieczeństwa nastolatka, który stał na trzecim piętrze, na balkonie swego domu. Jakże musiało wpłynąć to na nastroje w mieście, w którym już wcześniej wrzało!


Jeden z dziennikarzy donosił: „Dawało się odczuć poparcie dla demonstrantów wśród mieszkańców. Gdziekolwiek policja zaatakowała tłum, mieszkańcy otwierali uciekającym drzwi swych domów.”


Również obecna na miejscu Sarah Carr stwierdzała: „Podobno w celu stłumienia masowego protestu użyto ostrej amunicji, zabijając dwudziestoletniego mężczyznę i dziewięcioletniego chłopca. Naoczni świadkowie wydarzeń w Mahalli donoszą też o użyciu przez siły bezpieczeństwa pałek elektrycznych [...]. Przez cały tydzień, w którym miał wybuchnąć strajk, mobilizowano siły bezpieczeństwa na zewnątrz fabryki. Wczoraj wieczorem ubrani po cywilnemu policjanci weszli do budunków fabrycznych, by udaremnić rozpoczęcie przez robotników strajku.” Dalej Carr wspomina o podziałach wśród robotników w fabryce, oraz niechęci do podjęcia akcji ze strony biurokratów z prorządowych związków zawodowych, którzy siali propagandę antystrajkową. Co nieco jeszcze o tym trzeba będzie dalej powiedzieć.


ZAKAZANE MIASTO: STAWKA


Przed planowanym strajkiem Komitet Solidarnościowy Na Rzecz Wsparcia Robotników Mahalli wystosował oświadczenie, w którym czytamy: „6 kwietnia będzie bardzo ważnym dniem dla robotników tak na południu, jak i na północy basenu śródziemnomorskiego. Tego dnia robotnicy Turcji podejmą kolejny ważny krok w swej walce przeciw neoliberalnej reformie prawnej, uderzającej w zabezpieczenia socjalne. Zaś w Egipcie robotnicy sektora tekstylnego w Mahalli, pionierzy dwuletniej fali strajkowej w tym kraju, ogłosili, że 6 kwietnia będzie miał miejsce nowy dziki strajk, panuje ogólna atmosfera sprzyjająca strajkowi generalnemu przeciwko neoliberalnemu, opresyjnemu i skorumpowanemu reżimowi Hosniego Mubaraka. 25 tysięcy robotników z fabryki w Mahalli, jednego z największych zakładów tekstylnych na całym Bliskim Wschodzie, zadeklarowało akcję strajkową [...], domagając się podniesienia ich płac, wynoszących obecnie średnio 350 funtów egipskich (60 dolarów) zgodnie z wysokim współczynnikiem inflacji, a także poprawy warunków w klinice przyzakładowej.


Dla egipskiej klasy robotniczej i ludu strajk w Mahalli ma jednakże znaczenie daleko większe niż same te żądania. Jeśli robotnicy Mahalli rzeczywiście zorganizują zakończony powodzeniem strajk, dla egipskiej klasy robotniczej oznaczać to będzie bardzo ważne nowe zdobycze w jej szerszej walce przeciw reżimowi Mubaraka. To dlatego akcja strajkowa robotników Mahalli, pionierów fali niezależnych organizacji, faktycznie będących związkami zawodowymi, uznana została dziś za nielegalną przez ministerstwo spraw wewnętrznych. Państwowe siły bezpieczeństwa ręka w rękę z oficjalną organizacją związkową, Główną Federacją Związków Zawodowych, oraz ministerstwem pracy, ogłosiły, że podejmą wszelkie kroki w celu zapobieżenia strajkowi 6 kwietnia. Mahalla, miasto robotnicze oddalone o dwie godziny drogi od Kairu, otoczone zostało przez trzydziestopięciotysięczne siły policyjne, zakazano wstępu do miasta. Z kolei w stolicy aresztowano dziś co najmniej pięć osób kolportujących ulotki solidarnościowe. Fabryczni przywódcy robotniczy pozostają poza domem, by uniknąć aresztowań, mających na celu powstrzymanie akcji strajkowej.”


Spójrzmy teraz, czego żądali ci, którzy parli do strajku. Wśród najważniejszych z ich żądań pierwszym była poprawa warunków życiowych wszystkich robotników, zatrudnionych w sektorze tekstylnym. Na tym jednak nie koniec – żądali podniesienia do wysokości 1200 funtów egipskich (218 dolarów) płacy minimalnej, która pozostaje od 1984 r. na niezmienionym poziomie 35 funtów egipskich – to jest 6,40 dolara. Jeśli ktoś przeciera oczy, niech przeczyta jeszcze raz: sześć dolarów czterdzieści centów.


Wśród żądań znalazły się też: zwiększenie przydziałów żywnościowych, zwiększenie comiesięcznych premii, przydziały mieszkaniowe, reforma zasad awansu w pracy, gwarancje zatrudnienia i kompensaty dla robotników pobierających naukę, stałe gwarancje wypłaty rocznej premii nie później niż miesiąc od zamknięcia roku podatkowego, pociągnięcie do odpowiedzialności karnej winnych strat byłych i obecnych członków dyrekcji zakładu, wreszcie restrukturyzacja szpitala przyzakładowego oraz zatrudnienie tam nowych specjalistów.


Warto zważyć, że walka o takie postulaty przerosła w wydarzenia, które zyskały miano intifady, że walka o nader klarownym charakterze klasowym odziana została w szaty niemal identyczne jak ta, którą w nieodległym miejscu prowadzą walczący o wyzwolenie narodowe Palestyńczycy. Jeśli dodać, że nasilanie się izraelskich represji w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu postępuje symetrycznie z odcięciem Palestyńczyków od izraelskiego rynku pracy i co za tym idzie ich degradacji w określonej przez reżim okupacyjny hierarchii klasowej – takie szaty odzwierciedlają instynkt klasowy proletariatu egipskiego oraz jego zrozumienie wspólnoty interesów z palestyńskim wyklętym ludem ziemi. Jeszcze raz potwierdzają się słowa Trockiego o walce narodowowyzwoleńczej jako swoistej formie walki klasowej, formie szczególnie nieklarownej i złożonej (przeciwstawne słowom Stalina, który walkę narodowowyzwoleńczą wulgarnie „podporządkowywał” walce klasowej, wyraźnie zatem odrzucał – wbrew także Manifestowi Komunistycznemu – jakąkolwiek myśl o ich tożsamości). Z jednej strony walka Palestyńczyków stanowi czynnik sprzyjający mobilizacji mas w krajach arabskich (jak również – należy dodać – gdzie indziej), z drugiej – gdy do tego rodzaju mobilizacji dochodzi, zaczyna klarować się, choćby w ograniczonym wymiarze, obraz owej podstawowej właściwości walki palestyńskiej.


Wróćmy jednak do dokumentów, mówiących o mobilizacji proletariatu egipskiego tuż przed owymi wydarzeniami. W kolejnym komunikacie Komitetu czytamy: „Robotnicy Mahalli, nie jesteście sami! Cały Egipt popiera wasze słuszne żądania. Nie dajcie się, gdy ciągle podejmowane są próby rozbicia waszej jedności, trzymajcie się w obliczu gierek zdradzieckiego syndykatu, reżimowej machiny ucisku oraz mediów, chcących złamać waszą wolę.”


W jeszcze kolejnym komunikacie czytamy o nieustraszonych pionierach walki robotniczej w Egipcie, którzy nie dają się przemocy i intrygom. Może idealizacja rodem z baśni tysiąca i jednej nocy? Czemu zatem zaznali jeszcze większej niż wcześniej przemocy, jeszcze większych niż wcześniej intryg?


GORILLA AGAINST GUERILLA


Tak pisał o intifadzie w Mahalli oraz rozlaniu się fali protestów na inne miasta Egiptu Cigdem Cidamli w The Monthly Review: „Policja rządowa podjęła atak na strajk robotniczy w Mahalli. Poczynając od 5 kwietnia w nocy, aresztowano wielu przywódców robotniczych. Policja oblężyła miasto. Rankiem niemożliwe okazało się rozpoczęcie strajku. Po południu robotnicy wraz z rodzinami oraz bezrobotni rozpoczęli demonstrację. Policja przypuściła brutalny szturm, używając ostrych kul i granatów łzawiących, i zabijając 7 osób, wśród nich dziewięcioletniego chłopca. Aresztowano 200 osób w Kairze i 400 w Mahalli. Dwie z nich to profesorowie. W trzech szpitalach znalazło się setki rannych demonstrantów. Trwają starcia z policją, a na ulicach znajduje się pół miliona demonstrantów. Robotnicy starają się przy tym rozpocząć strajk.”


Jak widać z już przytoczonych źródeł, oraz z dalszych, mamy do czynienia ze skomplikowanymi, pełnymi sprzeczności dynamikami; sprzeczności te odzwierciedlają się w sprzecznych doniesieniach – poczynając od liczby ofiar śmiertelnych, poprzez liczbę zatrzymanych i aresztowanych, po oceny stopnia poparcia dla akcji strajkowej wśród robotników znajdującej centralne miejsce w tych ogólnoegipskich wydarzeniach Ghazl el-Mahalla. Z pewnością jednak było ono znaczne, a ci z robotników, którzy parli do strajku, wykazali olbrzymi poziom determinacji. Wszystko czy prawie wszystko, co można przeczytać w egipskiej i międzynarodowej prasie burżuazyjnej, i co służy bagatelizowaniu poziomu mobilizacji w Mahalli, a nawet w całym Egipcie, należy włożyć między bajki. To, że próba strajku, a następnie intifada w Mahalli, nie przyniosły upragnionego zwycięstwa, pozostaje wynikiem bezwzględnej i najwyraźniej nieźle przemyślanej kontrakcji sił rezimowych, ich kombinacji intryg i przemocy antyrobotniczej. Przypomnijmy, że koncentracja sił policyjno-wojskowych na miasto zaczęła się już przed 6 kwietnia: hojny reżim Mubaraka każdym kilkunastu mieszkańcom największego w Egipcie miasta bez uniwersytetu sprezentował zawczasu jednego wściekłego goryla. Samo to, że udaremniony strajk przerósł w powstanie miejskie, oraz echo, z jakim planowany protest odbił się w całym Egipcie, świadczy też o wybitnie politycznym charakterze i znacznej, choć do dziś trudnej do jednoznacznego określenia, wadze wystąpień.


Hossam el-Hamalawy, lewicowy dziennikarz egipski i autor blogu 3Arabawy, pisał 5 kwietnia, dzień przed intifadą w Mahalli: „Jak mówią działacze, z którymi rozmawiałem wcześniej w Kairze i Mahalli, policja wciąż gromadzi oddziały w mieście w Delcie Nilu, zaś przywódcy lewicowi otrzymują telefoniczne pogróżki od świń z aparatu bezpieczeństwa, które ponadto bezustannie wzywają działaczy związkowych z fabryki na przesłuchania. Cała fabryka zamieniła się w pole otwartej wojny propagandowej między popieranym przez rząd Fabrycznym Komitetem Związkowym oraz Centrum Związków Zawodowych i Służb Robotniczych (cóż za cholerna ironia – to działacze Centrum jako pierwsi podjęli walkę przeciw związkom wspieranym przez rząd!), a działaczami Związku Robotników Tekstylnych, wciąż agitującymi na rzecz strajku. Po fabryce krążą oświadczenia i kontroświadczenia. Działaczom Centrum robotnicy grozili fizyczną napaścią, gdy ci roznosili antystrajkowe oświadczenia Husajna Megawera, szefującego skorumpowanej, popieranej przez rząd Głównej Federacji Związków Zawodowych. Działacze pierzchnęli, a powieszone przez nich na ścianie oświadczenia zostały przez robotników podarte na strzępy.”


Jak pisze John Dale w artykule Increasing tension in Egypt – the April 6th strike (socialistworld.net, 16 kwietnia 2008 r.), „niektórzy przywódcy związkowi, odgrywający czołową rolę we wcześniejszych strajkach, odwołali strajk 5 maja po tym, jak podniesiono wartość przydziałów żywnościowych z 43,50 do 90 funtów egipskich (16 dolarów). Oficjalne związki zawodowe (część represyjnego aparatu państwa) oraz ci dawni liderzy strajkowi wezwali robotników, by pozostali w pracy. Do akcji wezwał zaś Związek Robotników Tekstylnych, nowa organizacja powstała po tym, jak tysiące robotników opuściło w marcu 2007 r. związek zawodowy namaszczony przez państwo.”


Megawer pozwolił sobie powiedzieć: „Każdy uczestniczący w tym strajku powinien zostać poddany środkom karnym, ponieważ strajk jest bezprawny – nie podjęto właściwych, przewidzianych prawem procedur, nie dopełniono oficjalnych wymagań.” W kraju, w którego historii trudno o strajk uznany przez władze za legalny, podobne stanowisko prorządowej federacji związkowej – jedynej legalnej w Egipcie – od lat pozostaje na porządku dziennym. Trudno więc, by na wypinanie się raz po raz na klasę robotniczą ta reagowała ze szczególną dozą savoir vivre'u. Poprzedni przewodniczący Federacji w Ghazl el-Mahalla, Seddik Sijam, trafił we wrześniu 2007 r. do szpitala – tak to robotnicy poprowadzili dialog polityczny z czołowym łamistrajkiem!


Wcześniej, podczas strajku w Kafr el-Dawwar, robotnicy internowali w fabryce sprzeciwiających się akcji, posłusznych reżimowi przywódców związkowych.


Nie zamierzam tłumaczyć tu burżuazyjno-demokratycznym czy stalinowskim eunuchom, czym różni się sytuacja, gdy ktoś – czy to klasy posiadające, czy to pasożytnicza warstwa biurokratyczna – narzuca swą wolę proletariatowi od sytuacji, gdy to proletariat dyktuje swą wolę polityczną. Dość rzec – nie tylko w Polsce na miejscu jest hasło Bogusława Ziętka: Słuszne związki na Powązki!


W grudniu 2006 r., gdy w Ghazl el-Mahalla wybuchł zwycięski strajk, robotnicy – jak piszą Beinin i el-Hamalawi we wspólnym artykule Strikes in Egypt Spread from Center of Gravity, datowanym na 9 maja 2007 r. – „domagali się, by szefowie federacji w Kairze odwołali komitet związkowy, gdy zaś żądanie to zostało zignorowane, zaprotestowali składając rezygnację z członkostwa w Generalnej Federacji Związków Zawodowych.” Stało się tak po tym, jak petycję w tej sprawie podpisało kilkanaście tysięcy robotników i robotnic, którzy postawili ultimatum: albo skompromitowane i skorumpowane, podejrzewane o bliskie związki ze służbami bezpieczeństwa kierownictwo zostanie odwołane do 15 lutego 2007 r., albo opuszczają federację. Zignorowano różne „kompromisowe” propozycje wierchuszki federacji – w efekcie, do początku marca 2007 r. rezygnację z członkostwa w koncesjonowanych związkach złożyło 6000 robotników.


Ultimatum to wpłynęło na zachowania w innych zakładach. „Na początku lutego [2007 r.] na wezwanie robotników Mahalli do masowej rezygnacji z członkostwa w federacji odpowiedzieli strajkujący w fabryce tekstyliów Szibin al-Kum. Ideę niezależnej sieci związkowej przejęli też robotnicy w innych miejscach, szczególnie w Kafr el-Dawwar.” Nic czy co najwyżej bardzo niewiele dało kierownictwu koncesjonowanych związków w Ghazl el-Mahalla (a zapewne i gdzie indziej) podpinanie się pod zwycięstwa – takie jak premie czy podwyżki – osiągnięte dzięki walkom strajkowym, przypisywanie sobie osiągnięć, które miały miejsce nie dzięki niemu, lecz wbrew niemu. Płaszczące się padalce zaznały potężnego upokorzenia.


Już wówczas więc, jak widzimy, celem wiodących uczestników protestów, i to nie tylko w stanowiącej aż do dziś ich centrum ciężkości Ghazl el-Mahalla, w bardzo wyraźny sposób przestały być zmiany przy zachowaniu ciągłości politycznej Egiptu, a stało się nim jej zerwanie. Więcej: bez obaw rzec można, że stało się tak już wcześniej. „Idea autonomicznego ogólnokrajowego związku, mającego zastąpić sponsorowaną przez państwo federację krąży wśród związkowców od ponad dziesięciu lat, i co istoty popiera ją wielu postępowców” – konkludują Beinin i el-Hamalawi. Mimo głębokich podziałów i historii walk frakcyjnych wewnątrz lewicy egipskiej, zdaje się rosnąć – za sprawą takich właśnie długotrwałych dynamik – świadomość konieczności polityki jednolitofrontowej. „Ekonomiczne” przerasta w „polityczne” – i nie może nie przerastać, choćby chcieć temu zapobiec z pomocą setek tysięcy umundurowanych goryli.


O tym, że tak jest, świadczą również losy Centrum Związków Zawodowych i Służb Robotniczych, organizacji pozarządowej powstałej w 1990 r. po fali protestów robotniczych, ukoronowanej dwoma zwycięskimi strajkami w Egipskiej Fabryce Żelaza i Stali w 1989 r. Znajdujące swój rodowód w podziemnym ruchu marksistowskim, ewoluowało ono od prawdziwie bojowej polityki ku polityce oportunistycznej, coraz bardziej oznaczającej wulgarne przeciwstawienie ekonomicznych i politycznych aspektów walki. W ten sposób wytracało impet, popadając w coraz większą sprzeczność z tym, co dyktuje język zadań bojowego ruchu robotniczego, i tracąc wpływ kierowniczy. Dynamika protestów w Egipcie sprawia bowiem, że horyzont celów rozszerza się, co nie pozostawia wiele miejsca tym, którzy oczekują coraz mniej i mniej. Nie uchroniło to zresztą Centrum przed delegalizacją w kwietniu 2007 r.


POCZĄTEK CZEGOŚ DUŻEGO?


W opozycyjnej gazecie Sut el-Umma niedługo przed tymi wydarzeniami napisano: „Reżim drży, a niedzielny strajk jest sprawdzianem nadchodzącego ludowego powstania.” Były przesłanki, by coś takiego powiedzieć – Mahalla to miasto, mające długą tradycję protestów robotniczych, z których wielkie i zwycięskie strajki w grudniu 2006 i wrześniu 2007 r. to zaledwie ukoronowanie długiej i chwalebnej historii. Już w trakcie pierwszego z nich robotnicy nie dali się zastraszyć otaczającym zakład siłom bezpieczeństwa, które odcięły wodę i prąd; już wówczas też otrzymywali z zewnątrz wsparcie moralne – swą solidarność w wyraźny sposób wykazywali nawet uczniowie szkół podstawowych i średnich, wylegając na ulice – jak też materialne, chociażby w postaci żywności i papierosów. Już wówczas też poza żądaniami płacowymi pojawiły się żądania gwarancji, że fabryka nie zostanie sprywatyzowana.


Podczas drugiego z nich robotnicy wystawili publicznie trumnę, nad którą przypięli transparent ze słowami: „Prezydencie Republiki, co z prawami pracowniczymi? Nie cofniemy się, jesteśmy gotowi umrzeć, by nasze dzieci miały co jeść.” Powstała w 1927 r., podówczas największa w całej Afryce i na Bliskim Wschodzie fabryka odzieżowa – niegdyś wielki symbol postępu technicznego – postrzegana jest dziś jako permanentne zarzewie buntu. Już sześciodniowy strajk w Ghazl el-Mahalla w grudniu 2006 r. wydatnie przyczynił się do wzniesienia fali strajkowej – ponad 600 zbiorowych akcji proletariackich, z których niejedna przyniosła przynajmniej częściowe zwycięstwo – która wedle egipskich badaczy Mostafy Basjunego i Omara Saida oznaczała 648000000 nieprzepracowanych roboczogodzin między grudniem 2006 r. a wrześniem 2007 r., gdy w Ghazl el-Mahalla doszło do kolejnego dramatycznego strajku. Powstawały też niezależne periodyki, wydawane przez działaczy w różnych fabrykach. Mowa o kraju, w którym przez 20, a nawet 30 lat trwała zapaść ruchu związkowego, kraju, w którym zgodnie z obowiązującymi prawami praktycznie nie sposób mówić o możliwości legalizacji strajku, i gdzie – niejednokrotnie brutalnie – represjonowane są wszystkie związki, których kierownictwo nie składa się z pomagierów miejscowego i międzynarodowego wielkiego kapitału oraz biurokracji państwowej.


Co najmniej od 2003 r., gdy zaostrzono prawo strajkowe, w Egipcie nie było strajku, który władze uznałyby za legalny!


Tak pisali w cytowanym już wspólnym ubiegłorocznym artykule Beinin i el-Hamalawy: „Przez Egipt przetacza się najdłuższa i najsilniejsza fala protestów robotniczych po drugiej wojnie światowej.” Jej początku upatrywali już w 2004 r. – dodajmy, że wówczas egipski rząd nadał nowy impet swym, obserwowalnym już wcześniej, dążeniom do prywatyzacji przemysłu tekstylnego. Znacjonalizowano go w naserowskiej epoce „socjalizmu arabskiego”, dokładniej we wczesnych latach sześćdziesiątych (pierwszą znacjonalizowaną fabryką było przy tym owo oczko w głowie: Ghazl el-Mahalla). Ówczesne nacjonalizacje przyniosły korzyści dla robotników w postaci podwyżek płac i, choć zostało to zaprzepaszczone praktycznie już pod koniec lat 60., zapewne pamięć o (relatywnym) dolce vita miała swój wpływ na dynamiki rozwojowe najnowszej fali protestów: praktycznie od początku wysuwano postulaty, bezpośrednio wymierzone w plany prywatyzacyjne. Kontestowane były one już wcześniej, w trakcie strajków, które wybuchały na przestrzeni lat 90.


Beinin i el-Hamalawy skupili się jednak na tym, jak sprawy się miały w ostatnich miesiącach przed pojawieniem się ich artykułu. „W marcu liberalny dziennik al-Masri al-Jaum wyliczył, że w 2006 r. miały miejsce co najmniej 222 strajki okupacyjne, przerwy w pracy, strajki głodowe i demonstracje. Przez pierwszych 5 miesięcy 2007 roku dziennik ów niemal codziennie donosił o nowej akcji pracowniczej. Egipska grupa obywatelska Obserwatorzy Robotników Egipskich i Związków Zawodowych udokumentowała 56 zdarzeń w ciągu kwietnia, oraz kolejnych 15 w samym tylko pierwszym tygodniu maja.” Beinin i el-Hamalawy podkreślają, że fala ta rozlewała się już wówczas z centrum ciężkości, jakim pozostawał (i pozostaje) przemysł tekstylny na inne sektory produkcji i usług, jak też z sektora publicznego na sektor prywatny – w tym ostatnim zaznaczyły się szczególnie strajki w świeżo sprywatyzowanej fabryce tekstyliów Polvara w Aleksandrii w marcu i kwietniu 2007 r. Fala protestów robotniczych zlała się wreszcie z również zdecydowanie największą w ostatnich dziesięcioleciach falą protestów prodemokratycznych, w których zaznaczyli swą obecność przede wszystkim działacze lewicowi oraz świeccy nacjonaliści, w mniejszym stopniu niektóre elementy dość amorficznego Bractwa Muzułmańskiego.


Przygotowania do trzeciego w ciągu niespełna półtora roku strajku w kwietniu 2008 r. znowuż odbiły się – byłoby nader dziwne, gdyby stało się inaczej – echem w innych rejonach Egiptu, tak jak dwa poprzednie i tak jak strajk, który wybuchł w Ghazl el-Mahalla w 1947 r. – wzniesiono wówczas m.in. postulat niezależnych związków zawodowych – i który przyniósł wówczas pewne zdobycze klasie robotniczej Egiptu. Kolejny protest zyskał z góry poparcie opozycyjnego ruchu Kifaja (Dość) – należą doń świeccy nacjonaliści, umiarkowani islamiści i socjaliści; różne grupy zawodowe obwieściły, że w aktywny sposób wykażą solidarność z walczącą fabryką i walczącym miastem. I tak na przykład nauczyciele w Aleksandrii odłożyli o jeden dzień planowany na 5 maja protest, tak by zbiegł się w czasie ze strajkiem w Mahalli.


„Ruch uliczny w Kairze był wyraźnie mniejszy niż zazwyczaj, a szkoły niemal zupełnie puste, co dowodziło, że wielu z milionów mieszkańców miasta odpowiedziało na wezwanie działaczy”, donosiła Associated Press, wspominając o demonstracjach studenckich w Kairze, brutalnie rozpędzanych demonstracjach w stolicy oraz wznoszonych przeciwko znienawidzonemu reżimowi hasłach.


Tak o Kairze tamtego dnia pisała Michaela Singer: „W ramach strajków 6 kwietnia, ponad tysiąc działaczy społecznych i politycznych, jak też niezrzeszonych obywateli, zebrało się w budynku Syndykatu Prawniczego, żądając natychmiastowej interwencji rządu w celu obniżki cen żywności i podwyżek płac.” Działo się to ku niezadowoleniu przewodniczącego syndykatu, członka partii Mubaraka, o którym wykrzykiwano co nieco – co dokładniej, chyba łatwo się domyślić, skoro wznoszono też hasła solidarności z robotnikami Ghazl el-Mahalla. Do budynku zdołała zresztą wejść tylko część chętnych – wobec innych użyła siły policja.


„Początkowo planowano protesty w wyznaczonych kluczowych punktach miasta, jak też we wszystkich lokalnych gubernatorstwach. [...] Jednakże po, jak to określono, »bezprzykładnej kampanii zastraszania ze strony ministerstwa spraw wewnętrznych, oraz ogromnej mobilizacji sił bezpieczeństwa«, Kair, skryty za niesamowitym żółtym niebem, ogarnęła niespotykana w ostatnich latach, znamienna cisza.


Jak podają źródła, w sobotę [5 kwietnia] wieczorem aresztowano w ich domach i biurach ponad 80 działaczy i polityków – wśród nich znaleźli się Mohammad Aszkar, jeden z głównych działaczy ruchu Kifaja, oraz Madżdi Hussajn z Partii Pracy.


Wczesnym rankiem w niedzielę zastrzegająca sobie anonimowość autorka blogu powiedziała egipskiemu The Daily News: »Pokolenie mojej matki pozostaje w domu. Boją się, co zrobi policja, i pamiętają też obrazy przemocy z lat 70., myślą, że ludzie zachowają się gwałtownie i na przykład będą palić samochody. Ale poza zgrają sił bezpieczeństwa nie ma nikogo. Ale i to dobre – widać, że rząd się boi.«”


Umundurowani goryle pojawili się na uniwersytetach. Co najmniej jeden z nich – Helwan – został otoczony przez siły bezpieczeństwa, mające uniemożliwić wstęp dziennikarzom i demonstrantom.


Tak – w związku ze zgromadzeniem w budynku Syndykatu Prawniczego – mówił The Daily News prawnik Chaled Mohammad Awad: „To pokojowy protest, a żądania są wiarygodne, nie ma potrzeby takiego zaangażowania służb mundurowych. Czemu prezydent Mubarak nie odniesie się do tego w radiu czy telewizji, czy choć nie przyjmie protestu do wiadomości, nie wykaże zainteresowania? W Europie wychodzą do ludzi i pytają ich o opinie; tutaj otaczają ich policją.”


To bardzo umiarkowany, rozwodniony głos – jak jeszcze nieraz zobaczymy, gdy nawet dzieci w Mahalli wznoszą hasło rewolucji, wielu analityków od siedmiu boleści podtrzymuje, że ostatnie protesty w Mahalli i całym Egipcie mają „czysto ekonomiczny” charakter. Członkowie ruchu Kifaja oznajmiali wówczas, że to dopiero początek wielkiej fali demonstracji i strajków, czy wręcz, jak powiedziała jedna z nich, Karima Chilfani: „To dopiero początek rewolucji.”


ROZLEWAJĄCA SIĘ FALA


W kwietniu – tak jak i w maju – nie powiódł się plan doprowadzenia do strajku generalnego, za którym optowała powiązana z lewicującymi nurtami Bractwa Muzułmańskiego Partia Pracy, wspomniany już ruch Kifaja oraz kilka małych ugrupowań takich jak naserystowska Karama, umiarkowanie islamistyczna Wasat i liberalny Front Demokratyczny.


O przyczynach tego niepowodzenia powiem dalej, w tym momencie ograniczając się do wzmianki, że ani apel o strajk generalny 6 kwietnia, ani 4 maja nie padł ze strony robotników Ghazl el-Mahalla. Choć jednak nie nastąpiła aż taka mobilizacja masowa, o jakiej marzył sobie ten i ów działacz, już chyba z tego, co napisałem powyżej, wynika jasno, że Mahalla nie od dziś pozostaje w Egipcie rozpoznawalnym symbolem niezłomnej walki proletariackiej, symbolem, którego znaczenie mobilizacyjne trudno przecenić.


Robotnicy z fabryki tekstyliów w Kafr el-Dawwar już w kwietniu 2007 r. wydali oświadczenie solidarnościowe, w którym czytamy: „Robotnicy z Kafr el-Dawwar stoją na jednej barykadzie z robotnikami Ghazl el-Mahalla. My, robotnicy Kafr el-Dawwar, deklarujemy pełną solidarność z wami, w dążeniu do realizacji waszych słusznych żądań, identycznych z naszymi. Potępiamy z całą mocą represje sił bezpieczeństwa, które uniemożliwiły robotnikom Mahalli przeprowadzenie protestu przed kwaterą Głównej Federacji Związków Zawodowych w Kairze. Potępiamy też to, co pozwolił sobie w ubiegłą niedzielę powiedzieć Said el-Gohary dla Al-Masri al-Jaum, określając wasze posunięcia jako »nonsens«. Obserwujemy z przejęciem, co się z wami dzieje, deklarujemy też solidarność z przedwczorajszym strajkiem robotników szyjących garderobę oraz częściowym strajkiem w fabryce jedwabiu.


Chcemy, byście wiedzieli, że my, robotnicy Kafr el-Dawwar, kroczymy tą samą ścieżką co i wy, i mamy tego samego wroga.” Owego najgorszego wroga klasowego, który znajduje się zawsze we własnym kraju – wroga zaskorupiałego, nieprzejednanego i śmiertelnego. „Popieramy wasz ruch, gdyż wysuwamy te same żądania” – oto jak winna się rysować solidarność klasowa w obliczu wspólnego wroga. W Kafr el-Dawwar mieli, jak już pisałem, podobne doświadczenia ze zdradzieckimi biurokratami z oficjalnych związków jak i w Ghazl el-Mahalla, i radzili sobie z nimi równie wzorowo. O tym też – o konieczności zmiecenia oportunistycznych i socjalzdradzieckich łajdaków do śmietnika historii – wspominają w swym oświadczeniu, by następnie raz jeszcze zadeklarować bezwarunkową solidarność z bohaterską Mahallą, oraz dążenie do utworzenia jak najsilniejszej sieci komunikacji międzyzakładowej – dobrze zdawali sobie sprawę, że walka klasowa będzie długotrwała, zaciekła i bezlitosna. Dobrze zdawali sobie sprawę, że nie można tu ustać w wysiłkach.


Jednak i tu, jak pisze Dale, strajk „został odwołany po tym, jak przywódcy związkowi znaleźli się pod potężną presją ze strony służb bezpieczeństwa”; nic to jednak: „lecz setki robotników demonstrowało przed rozpoczęciem porannej i popołudniowej zmiany.”


Już wcześniejsze akcje robotników Ghazl el-Mahalla prowadziły do siania niemałego fermentu nie tylko w sektorze tekstylnym. Byłoby zdumiewające, gdyby 6 kwietnia miało być cokolwiek inaczej. „60% pracujących w cementowni Tora nie pojawiło się w zakładzie. Ci, którzy przyszli do pracy, wzięli udział w jednogodzinnym proteście. Ponad połowa pracujących w dziewięciu młynach nie pojawiła się w pracy. Podjęło strajk niemal 3000 robotników w fabryce pilśniowej Samanud, jak też niektórzy robotnicy w ministerstwie rolnictwa. Demonstrowało 500 pracowników transportu rzecznego.”


Ta fala dawno rozlewa się poza przemysł tekstylny. Już w poprzednich latach wznosili swój protest chociażby wspomniani przez Dale'a młynarze i robotnicy cementowni, oraz wielu innych robotników z różnych sektorów przemysłu i usług oraz różnych rejonów kraju. Także doniesienia o protestujących 6 kwietnia lekarzach, prawnikach i dziennikarzach nie stanowią nic nowego pod słońcem. Ważną rolę w ruchu strajkowym odegrali też poborcy podatkowi. W poprzednich latach pewne przejawy nieposłuszeństwa zaiskrzyły się nawet w szeregach policji do tłumienia zamieszek!


Pojawia się również ferment wśród chłopstwa, zaniepokojonego tendencjami do odradzania się reliktów feudalnych, czemu sprzyja polityka rządowa.


Wre zatem i zaostrza się walka klasowa, i nic dziwnego, że w takich warunkach intifada robotnicza Mahalli już w dniu wybuchu stała się prawdziwą legendą, zaś ci, którzy stoją po właściwej stronie klasowej barykady, mogą mieć dla proletariackiej epopei tego miasta tylko i wyłącznie najwyższy podziw!


ŚWIETLANY PRZYKŁAD


Już w trakcie swych poprzednich bohaterskich protestów proletariat Mahalli znalazł również międzynarodową solidarność. Tej nie zabrakło i po kwietniowych wydarzeniach, i oto co możemy przeczytać w jednej z depeszy solidarnościowych, którą już 7 kwietnia wydał Związek Robotników Tekstylnych z Manchesteru i którą sygnował jej sekretarz Geoff Brown: „Drodzy Bracia i Siostry! Solidarność z robotnikami tekstylnymi Mahalli! Piszę w imieniu Rady Związków Zawodowych Manchesteru, by wyrazić swą solidarność z waszą walką. Czytając doniesienia o waszych wczorajszych zmaganiach, pozostajemy pod wrażeniem waszego męstwa i determinacji.


Obserwujemy ataki na robotników na całym świecie, gdy rządy i pracodawcy starają się wobec rosnących cen utrzymać płace na starym poziomie. Mamy takie doświadczenia i u nas, w Wielkiej Brytanii, i również my opieramy się temu. 24 kwietnia setki nauczycieli i pracowników rządowych zastrajkuje przeciw usiłowaniom rządu, by stopień podwyżek płac był niższy niż poziom inflacji. Te »wolnorynkowe« usiłowania to skutek neoliberalnej polityki międzynarodowych instytucji finansowych: Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego, Światowej Organizacji Handlu oraz rządów na świecie. To antyrobotnicza i antyzwiązkowa polityka, prowadząca do zubożenia milionów wraz ze wzrostem bogactwa nielicznych.


Historia Egiptu to szczególnie gorzka historia wyzysku i ucisku, walka robotników Mahalli dodaje zatem tym większej woli walki także nam. [...]”


Wzorowa, błyskawiczna reakcja! Jak dalej zobaczymy, znaczne segmenty robotników Ghazl el-Mahalla są przy tym nie od wczoraj dobrze świadome tego, co napisał Geoff Brown. Stąd też w kolejnym oświadczeniu solidarnościowym, wystosowanym tuż przed intifadą w Mahalli przez norweską Libertariańską Grupę Robotniczą, czytamy: „Winniście wiedzieć, że nawet dla nas – żyjących w Norwegii – wieści o waszym strajku pozostają inspirujące.” Takich komunikatów – z powtarzającymi się raz po raz słowami o inspiracji i przykładzie, jaki daje międzynarodowej klasie robotniczej Mahalla – było oczywiście więcej.


Niedługo potem Rada Członkowska Związku Arabsko-Amerykańskiego wyraziła swą solidarność z ofiarami rozpasanych represji: „6 kwietnia, podczas dwudniowego powstania biedoty miejskiej i robotników przemysłu tekstylnego w mieście Mahalla w Delcie Nilu, protestujących przeciw podwyżkom cen podstawowych dóbr, zatrzymano członków niezależnego Związku Robotników Tekstylnych: Kamala el-Fajumiego i Tareka Amina el-Senussiego oraz autora blogu Karima el-Behejriego. Tego dnia w Ghazl el-Mahalla, największej fabryce tekstyliów na Bliskim Wschodzie, miał odbyć się strajk, które zerwały oddziały policyjne, zajmując zakład. Po klęsce strajku wybuchły w mieście pokojowe demonstracje, które przyjęły krwawy obrót, gdy policja otworzyła ogień do protestujących, zabijając co najmniej trzech z nich.”


Dalej w oświadczeniu tym mowa jest o fali aresztowań w Mahalli, jak też Kairze i innych miastach Egiptu. Uniemożliwiano pracę dziennikarzom, którzy również – jak na przykład amerykański fotoreporter James Buck – znaleźli się wśród aresztowanych. Na represje zanosiło się rzecz jasna już wcześniej – świadczył o tym nie tylko stan alarmu, w jakim znalazły się służby mundurowe. I tak administracja Uniwersytetu Amerykańskiego w Kairze jeszcze przed strajkiem zakazała gazecie studenckiej informowania o nim.


GOTOWI NA WSZYSTKO


El-Fajumi, Amin i el-Behejri, przetrzymywani w więzieniu Borg el-Arab 40 kilometrów od Aleksandrii, wystosowali 17 maja list otwarty do sędziów egipskich, informując ich, że od tygodnia prowadzą strajk głodowy – w okresie aresztowania owi wspaniali bohaterowie klasy robotniczej przeprowadzili dwa tego rodzaju protesty. „Wciąż znajdujemy się w więzieniu, gdyż administracja odmówiła wezwania ambulansu i przewiezienia nas do szpitala, podczas gdy Karim el-Behejri i Tarek Amin nie są w stanie utrzymać się na nogach – są tak skrajnie wycieńczeni. Wezwano tylko »pielęgniarkę«, by przebadała Karima, którego stan zdrowia bardzo się pogorszył.” Następnie czytamy m.in. o torturach w postaci elektrowstrząsów, którym w dniach od 6 do 8 kwietnia poddawano Amina i el-Fajumiego. „Chcemy znać przyczynę, dla której pozostajemy w areszcie. Będziemy nadal prowadzić strajk głodowy, aż umrzemy albo otrzymamy tę informację.” Cała trójka znalazła się w szpitalu więziennym.


W odpowiedzi na ten list szef Klubu Sędziów, Zakaria Abdel Aziz, wezwał prokuratora generalnego do wszczęcia śledztwa. Sprawa znalazła też zainteresowanie ze strony środowisk lewicowych za granicą.


„Dwa światy stoją przeciwko sobie w tej wielkiej walce: świat kapitału i świat pracy, świat wyzysku i niewoli oraz świat braterstwa i wolności” – pisał Lenin w 1904 r., w projekcie ulotki pierwszomajowej. O tym, że tak jest, świadczy postawa proletariatu Mahalli, którego najlepsi synowie i córki w samych tylko ostatnich tygodniach potrafili niejeden raz dowieść, że gotowi są umrzeć za swe dążenia i ideały. Determinację widać też gdzie indziej – i na przykład w Kafr el-Dawwar już w ubiegłych latach jedno ze skandowanych haseł brzmiało: „Strajk aż po śmierć! Strajk aż po wypłatę!”


Nie będą to nazbyt wielkie ani nazbyt szumne słowa: oto wielcy bohaterowie naszych czasów – bohaterowie starej i nieprzerwanie toczącej się walki klasowej – którzy świecą przykładem dla międzynarodowego proletariatu: już dziś ich moralność to moralność rewolucyjnego proletariatu!


El-Behejri, autor blogu Egyworkers, został wraz z el-Fajumim i Aminem zwolniony 1 czerwca z aresztu – w międzyczasie jednak stracił pracę, gdzieżby indziej, w Ghazl el-Mahalla. Oficjalnym powodem była jego nieobecność, lecz dyrekcja doskonale wiedziała, że znajduje się on w areszcie. Pozbyto się wywrotowca, który tuż przed uwięzieniem pozwolił sobie na taki wpis na swym blogu: „Jest teraz siódma rano 6 kwietnia, i idę do Ghazl el-Mahalla by zrelacjonować strajk w fabryce. Módlcie się za mnie, mam nadzieję, że wszystkim nam uda się odsłonić miękkie podbrzusze reżimu egipskiego. Karim el-Behejri, za wolny kraj rewolucjonistów egipskich.”


Już 16 kwietnia prokurator generalny nakazał uwolnienie 20 aresztowanych, w tym całej wspomnianej trójki – reżim jednak ustawicznie bimba sobie na takie postanowienia. Posiada on potężny oręż w postaci uchwalonych w 1981 r., po zabójstwie prezydenta Anwara Sadata przez islamistów, ustaw nadzwyczajnych, za sprawą których policja posiada niesłychane prawa do aresztowania niewygodnych osób. Niektóre przebywają w areszcie od 10 lat, mimo iż nie otrzymały wyroku, a nawet nie usłyszały zarzutów. Część z nich znajduje się tam mimo postanowień sądowych o ich wypuszczeniu. I tak ministerstwo spraw wewnętrznych nakazało zaraz po decyzji prokuratora generalnego ponowne bezterminowe aresztowanie wrażych dla reżimu elementów.


Wspomniane ustawy nadzwyczajne są określane przez obrońców praw człowieka jako antykonstytucyjne.


Poza El-Behejrim w ostatnim czasie uroki gułagów Mubaraka mogło podziwiać jeszcze paru innych blogerów, w szczególności związanych z liczącą 64000, czy nawet 68000 członków grupą Facebook, kolportującą wezwania do strajku generalnego. W dniu intifady w Mahalli aresztowano Maleka Mustafę, prawdopodobnie jednak nie za blogowanie, lecz za kolportaż ulotek. Wkrótce został wypuszczony. Kolejną osobą, przetrzymywaną przez dwa tygodnie, była jedna z inicjatorek Facebook Ezraa Abdul Fatah. Prowadzący ów newsletter Ahmad Maher był przez 12 godzin torturowany przez policję w Mahalli. Chciano od niego wydobyć hasła oraz prawdziwe nazwiska członków grupy – starym zwyczajem internautów lubili niedobroty kryć się pod nickami, by łatwiej trollować Mubarakowi.


Dzień po wyjściu z aresztu – czy raczej gułagu – el-Behejri powiedział AFP: „Poddawani byliśmy elektrowstrząsom, bici, a przez pierwszych kilka dni nie dawano nam wody ani jedzenia. Przeszliśmy całe tygodnie tortur i upokorzenia.” Władze zapewniają o tym, że wobec całej trójki przestrzegano praw człowieka, mimo iż to rzecz jasna wichrzyciele i gwałtownicy, którzy w Mahalli podżegali do przemocy i dokonywali aktów wandalizmu.


Skoro o niepohamowanej żądzy destrukcji mowa: znajdujące się w internecie zdjęcie niszczących podczas intifady w Mahalli radiolkę policjantów to jak nic fotomontaż – jak wiedzą wszyscy porządni ludzie, bez wyjątku należący do klas średnich i wyższych, radiolki zwykł bowiem niszczyć zrewoltowany motłoch. Może ktoś w to uwierzy – tym bardziej, że Egipt Mubaraka to jeden z czołowych bliskowschodnich sojuszników USA, które jak wiadomo są największą jak świat światem ostoją wolności i dlatego za zrewoltowanym motłochem – szczególnie zaś zrewoltowanym motłochem o śniadej skórze – tam się nie przepada.


Jak w ogóle brać na poważnie zapewnienia władz o przestrzeganiu praw człowieka w kraju, w którym działo się wszystko to, o czym już pisałem, i w którym cieszące się najgorszą sławą więzienia po prostu pękają w szwach od więźniów politycznych, a doniesienia o najwymyślniejszych torturach są codziennością? W poświęconej el-Behejriemu notce z 19 maja, opublikowanej na stronie Reporterów Bez Granic, czytamy: „Umieszczone w sieci w styczniu 2007 r. przez dziennikarza Waela Abbasa video z policjantami torturującymi zatrzymanych doprowadziło do procesu, w którym materiał ów wykorzystano, by skazać jednego z policjantów na trzy lata więzienia. Coś takiego miało miejsce pierwszy raz.”


Bez względu na to, że – jak dalej zobaczymy – wielu egipskich blogerów popadło w fetyszyzację internetu, jedno jest przecież jasne, gdy mowa o najnowszej fali represji, którą padła część z nich. Jak widzieliśmy, media burżuazyjne – świadomie czy nieświadomie – maskują polityczny wymiar walk, mających miejsce w dzisiejszym Egipcie; również materiały Reporterów Bez Granic poświęcone trójce bohaterów klasy robotniczej z Mahalli przesiąknięte są owym dyskursem o jakoby wyłącznie ekonomicznym charakterze wspartych przez blogerów protestów. Jeśli jednak ktoś ma jeszcze jakikolwiek cień wątpliwości co do tego, że chodzi tu o walkę klas, niech zważy, co pisze AFP – wszak zaliczająca się w poczet czołowych mediów burżuazyjnych na świecie: „Egipscy blogerzy, rzadko ujawniający swą tożsamość, odegrali dużą rolę w zasypaniu przepaści między dążeniami demokratycznymi społeczeństwa obywatelskiego a robotniczymi żądaniami podwyżek płac i poprawy warunków pracy.”


NIE DLA PSA KIEŁBASA


Tam, gdzie ciemna strona mocy, czyli po drugiej stronie klasowej barykady, obowiązuje, jak wszędzie na świecie, ta moralność, która każe dogmatycznie stawiać zysk ponad ludzi. Synalek egipskiego żarłacza ludojada, w swym rozpasanym nepotyzmie (każącym przypomnieć o trzech casusach w świecie arabskim w ostatnich latach: Syrii, oraz monarchiach Jordanii i Maroku) moszczącego mu miejsce następcy, Dżamal Mubarak, zapytany, dlaczego mimo obietnic rządowych Egipcjanie mierzą się z drożyzną i stoją w długich kolejkach po żywność, przyrównał – w domyśle, zgodnie z paplaniną Margaret Thatcher, bezalternatywną – drogę obraną przez oficjalne elity Egiptu do transformacji mającej miejsce we współczesnych Chinach. Wszystko, co przeżywają Egipcjanie, to wszak bóle porodowe nowego wspaniałego świata, przecież najlepszego z możliwych – lecz niewdzięczny naród jakoś nie jest w stanie wydolić owej operacji i docenić usilnych starań biegłych w swej odpowiedzialnej sztuce dentystów, rwących mu ząb za zębem. Wprost przeciwnie – sam opuchnięty, pewnie wskutek przebrzydłego, jakże niemodnego interwencjonizmu państwowego i etatyzmu, nie wiedzieć czemu chce dać swym zacnym dobrodziejom po buzi.


Ma jednak wiele racji Mubarak junior – owo zgniłe jabłuszko, które niedaleko padło od jabłoni – w analogii, którą odnalazł. Jak czytamy w opublikowanym pierwotnie w egipskim The Daily News artykule Labour unrest has minimal effects on economy, say experts, „Są wyraźne paralele między scenariuszem chińskim a sytuacją w Egipcie, znajdującym się w kleszczach przejścia do ekonomii neoliberalnej, zainicjowanego po przyjęciu w 1991 r. programu dostosowania strukturalnego w ramach porozumień z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Bankiem Światowym.” Idąca w tym kierunku, wyraźna presja międzynarodowa na Egipt trwała ze szczególnym natężeniem od początku lat 80., wraz z postępami globalnej ofensywy neoliberalizmu – zaś zmiana kursu Egiptu w kierunku odpowiadającym wielkiemu kapitałowi następowała już od czasu klęski w rozpoczętej przez Izrael wojnie czerwcowej w 1967 r. Jednym z pierwszych kroków odpowiadających tej linii były – zgodne z zaleceniami Międzynarodowego Funduszu Walutowego – cięcia subsydiów żywnościowych. Zdecydowano też otworzyć drzwi dla międzynarodowego kapitału. W efekcie udział sektora publicznego w gospodarce w ciągu 20 lat spadł z 70% do 10-20%.


Pogłębienie się i zwycięstwo owych tendencji w późniejszym okresie przypisuje się również upadkowi Związku Radzieckiego oraz bloku dyktatur biurokratycznych, wreszcie inwazji metropolii kapitalistycznych na Irak w 1991 r. Pomysły prywatyzacyjne zyskały przy tym przychylność koncesjonowanej federacji związkowej, która w latach 70. sprzeciwiała się podobnym planom.


Mimo takiej zdradzieckości owego kierownictwa fala prywatyzacji postępuje jednak w tempie wolniejszym niż marzyliby o tym krajowi i międzynarodowi inwestorzy – rząd Mubaraka znajduje się między młotem w postaci bezustannych nacisków Waszyngtonu czy kredytodawców takich jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy a kowadłem w postaci narastających niepokojów wśród klasy robotniczej w kraju. Nie ma ona jeszcze dość sił, by zahamować i odwrócić niekorzystne dla niej procesy – jest jednak już dość okrzepła, by brano w związku z nią znaczące poprawki, nawet gdy najpotężniejsze siły zza oceanu oczekują czegoś dokładnie odwrotnego.


„Proces prywatyzacji nieuchronnie oznaczał redukcję wydatków rządowych, oraz wyprzedaż wcześniej dominującego sektora publicznego. Przełożyło się to na utratę miejsc pracy i spadek bezpieczeństwa zatrudnienia dla egipskich robotników przemysłowych, z których część zmuszona została do poszukiwania niepewnego zatrudnienia w świeżo ekspandującym sektorze prywatnym” – niczym proletariat w Polsce po upadku dyktatury biurokratycznej i dokonanej wbrew jego woli restauracji kapitalizmu. Wszędzie tam, gdzie wtryniły swego nosa MFW i BŚ, rutyną stało się rwanie zębów, znane szerzej jako zwolnienia grupowe. W Egipcie wielu, którzy padli ich ofiarą, nie mogło nawet liczyć na odprawy. Odkąd zaczął się zakrojony na szeroką skalę proces prywatyzacyjny, wielokrotnie obchodzono przy tym ustawodawstwo utrudniające masowe zwolnienia po prywatyzacji: rutynowo dokonywano ich tuż przed tym zabiegiem. Nieraz po to, by po prywatyzacji zatrudnić nowych robotników – za niższe pensje i z pewnością bardziej zatomizowanych niż ci, którzy pracowali w danym zakładzie od 20 i więcej lat.


Drastyczne redukcje zatrudnienia sprawiły, że na przykład w fabryce tekstyliów w Kafr el-Dawwar w 1993 r. zatrudnionych było 28000 robotników, w 2007 r. już jedynie 11700.


Chyba – tym bardziej w Polsce z jej doświadczeniami po 1989 r. – nie trzeba dodawać, że przy wycenianiu wartości prywatyzowanych przedsiębiorstw potrafią dziać się cuda-niewidy. Nadużyciom sprzyja również tworzenie specjalnych stref przemysłowych, rzekomo mających służyć „rewitalizacji” przemysłu.


W kolejnym, poza wcześniej cytowanym, artykule napisanym wspólnie przez Beinina i el-Hamalawiego (Egyptian Textile Workers Confront the New Economic Order, 25 marca 2007 r.), znajdujemy dane, wedle których udział sektora prywatnego w przędzalniach bawełny wynosił w 1992 r. 8%, zaś w 2000 r. – już 58%. Do 1999 r. sprywatyzowano 137 z 314 przedsiębiorstw sektora publicznego, które uznano za nadające się po temu. Nie przyniosło to jednak podwyżek płac, które należą do najniższych na świecie, równając się 85% płac w Pakistanie i 60% płac w Indiach! Nie zwiększa się też wartość produkcji, która w 2001 r. osiągnęła w przemyśle tekstylnym najniższy poziom, odkąd w latach 1996-1997 zaczęto sporządzać odpowiednie statystyki.


Tak pisał w majowym wydaniu głównej edycji Le Monde Diplomatique Joel Beinin o niepokojach wśród robotników przemysłowych: „Głównym ich powodem jest neoliberalny kurs, prowadzący do stworzenia nowego Egiptu dla 10% ludności jednocześnie z upośledzeniem robotników przemysłowych, czy nawet białych kołnierzyków, szczególnie tych w niknącym sektorze publicznym.”


Zatem to z tego powodu – nie zaś z racji mitycznej przyrodzonej nieefektywności sektora publicznego – głos gniewu egipskiej klasy robotniczej rozbrzmiewa na cały świat właśnie z Ghazl el-Mahalla, przedsiębiorstwa państwowego, które ma zostać sprywatyzowane.


Strajk w takim miejscu jest tym bardziej prawdopodobny, że jak mówi Abdel Chalek z partii Tagammu, nie dość trwającej od 1952 r. państwowej kontroli nad związkami zawodowymi – neoliberalna polityka ostatnich lat sprawia, że „nowe sektory przemysłu nie są uzwiązkowione”. Rząd, by zachęcić inwestorów zagranicznych do inwestowania w Egipcie, tworzy nowe strefy przemysłowe – ci zainteresowani są inwestowaniem tam, gdzie ciągle brak silnej tradycji związkowej. Stąd ekonomista egipski Mohamed Abu Basza może stwierdzić: „Dla inwestorów strajki pozostają najmniejszym powodem do zmartwienia.” Nie są bowiem znaczącym czynnikiem zwiększającym deficyt budżetowy, wreszcie ich fala została przesłonięta przez ostatni kryzys światowy. „Po prostu niepokoje pracownicze nie miały żadnego wpływu na wskaźniki makroekonomiczne, które w ostatnich trzech latach wciąż się wznosiły.”


Dziwnie to się ma do przedstawionych przez Mostafę Basjunego i Omara Saida statystyk nieprzepracowanych roboczogodzin – choć rzecz jasna nie ma mowy o czynniku pierwszorzędnym. Cokolwiek jednak nie myśleć o wypowiedzi Abu Baszy, nie każdy się wyżywi ładnymi wskaźnikami wzrostu PKB. Autor artykułu w The Daily News referuje wypowiedź Joela Beinina, zgodnie z którą „wyprzedaż sektora publicznego oraz boom budowlany, spowodowany popytem wśród klas wyższych na luksusowe mieszkania i strzeżone osiedla, to przykłady niedającego się utrzymać wzrostu PKB”.


Burżuazyjni ekonomiści tacy jak Abu Basza przyprawią o wrażenie deja vu każdego, kto pamięta mowy nowych oficjalnych elit w Polsce po restauracji kapitalizmu o konieczności „zaciskania pasa”. Rzecz jasna nie przez klasy wyższe – nic tylko wodzić wzrokiem za egipskim Jackiem Kuroniem z zupkami dla tych najsłabszych... „Ludzie nie odczują w ciągu trzech lat dobrodziejstw programów ekonomicznych: nim to się stanie, potrzeba ośmiu lat bezustannego wzrostu” – stwierdza nasz milusiński, zapominając dodać, że nieuprzejmość masowych wystąpień robotniczych polega często na tym, że nie czekają osiem lat na swój czas.


Nie dość tedy powtórzyć za Chávezem: „Wzrost nie zawsze jest rozwojem” – tym razem wzrost jest kryzysem! Klasy panujące nieodmiennie jednak są ową żabą, która błota się wypiera. „Gospodarka bezustannie wzrastała przez ostatnie trzy lata o siedem procent, mimo kolein takich jak fala inflacji w 2004 r., cięcia subsydiów żywnościowych w 2006 r. czy tegoroczne podwyżki cen żywności” – uprzejmie oznajmia nam Abu Basza. Powinszować temu panu niezmąconego optymizmu!


Tymczasem Beinin wskazuje, że od momentu wzięcia wzięcia przez Egipt kursu neoliberalnego masy ludowe nie tylko nie odczuły poprawy warunków życia – wręcz przeciwnie, wzrósł odsetek osób żyjących poniżej oficjalnego progu nędzy. Znów podobnie jak w Polsce!


Z tą różnicą, że w Polsce poniżej progu nędzy żyje „tylko” nieco ponad 10% ludności – Egipcjanie pukają od dołu znajdującym się na dnie. Jak pisze cytowany już John Dale, „Bank Światowy donosił ostatnio o »satysfakcjonującej ewolucji« gospodarki egipskiej oraz wzroście w wysokości 7%, podkreślał jednakże, że poziom ubóstwa wzrósł od 2000 r. Życie robotników i wielu spośród klasy średniej wcale nie jest »satysfakcjonujące«, jest desperacką walką. 20% z 78-milionowej ludności Egiptu żyje poniżej progu nędzy: życia za 2 dolary dziennie, a kolejne 20% za niewiele powyżej. Jak mówi Bank Światowy, około 4% Egipcjan żyje w skrajnej nędzy.” Co oznaczałoby 3 miliony ludzi, którym zagląda w oczy śmierć głodowa.


Wskutek kłopotów z zaopatrzeniem w podstawowe artykuły żywnościowe, tylko w marcu br. 10 osób zginęło w szamotaninach, wybuchających w kolejkach po chleb. Ci, którzy raz w miesiącu jedzą mięso, są nieraz postrzegani jako szczęściarze.


BRACTWO MUZUŁMAŃSKIE, BRACTWO PROLETARIACKIE


Wróćmy do notatki Associated Press. „Wezwania do strajku były pierwszą znaczącą próbą ze strony ugrupowań opozycyjnych, by ubiegłoroczne niepokoje pracownicze i coraz większy gniew z przyczyn ekonomicznych zamienić w szeroki antyrządowy protest polityczny, na dwa dni przed wtorkowymi wyborami lokalnymi.” Wybory z 8 kwietnia – które powinny się odbyć już w 2006 r. – zostały ostatecznie zbojkotowane przez największe ugrupowanie opozycyjne, Bractwo Muzułmańskie. Doszło też do podziałów wewnątrz rządzącej Partii Narodowo-Demokratycznej – część jej członków pozostawała niezadowolona ze sposobu, w jaki selekcjonowano kandydatów na radnych z listy tej partii. Warto wspomnieć, że jeden z aresztowanych po wydarzeniach w Mahalli – jego „winą” było rozprowadzanie solidarnościowych druków ulotnych – okazał się być... członkiem partii Mubaraka!


Tak pisze o tym Dale: „W 90% okręgów na jedno miejsce przypadał tylko jeden kandydat – z rządzącej Partii Narodowo-»Demokratycznej«. Mimo to mrowiły się doniesienia o cudach nad urną. Uczestnicy kampanii na rzecz praw demokratycznych szacowali, że tylko 2% uprawnionych udało się do urny. Jednakże w Mahalli ośmiu kandydatów PND wycofało się w dniu wyborów, oczyszczając przedpole dla kandydatów z innych, małych partii, bez wątpienia w celu obniżenia napięcia.”


Wróćmy do newsa Associated Press: „Rząd ogłosił zakaz zebrań politycznych w meczetach, mając nadzieje na stłumienie protestów. Prezydent Egiptu Hosni Mubarak zniósł też cła na niektóre artykuły żywnościowe, pragnąc złagodzić bolączki ekonomiczne, spowodowane niemal podwojeniem cen żywności, na co wpływ miały czynniki międzynarodowe i miejscowe.”


Tak mówi 28-letni Abdul Monem Mahmud z Bractwa Muzułmańskiego: „Ludzie buntują się. Ludzie, którzy są głodni, i żądają, by ktoś się nimi zajął. Partie i związki zawodowe uczestniczą w demonstracjach, lecz nie kontrolują ich. To nie jest ruch polityczny. Rozmawiam z mnóstwem ludzi. Mówią mi, że nie są przeciwko Mubarakowi. Nie domagają się demokracji, a jedynie chleba. Większość ludzi musi wyżywić swe rodziny za mniej niż 150 funtów egipskich (18 euro) miesięcznie. To za mało. Ludzie głodują, więc wszczynają bunt. To ten rodzaj buntu, który przerodzić się może w rewolucję.” Oto memento: tak mówi człowiek, który utrzymuje, że mowa jest o czysto ekonomicznych niepokojach – zapamiętajmy to dobrze i spójrzmy, co ma on jeszcze do powiedzenia.


„My, Bractwo Muzułmańskie, nie ufamy wyborom organizowanym przez tych u władzy. Chcieliśmy wystawić naszych kandydatów w wyborach lokalnych, lecz rząd zdyskwalifikował niemal wszystkich. Uznano tylko 21, gdy w wyborach chodzi o obsadzenie 51000 miejsc. Partia rządząca kontroluje wszystko. Ludzie głosują, lecz o zawartości urny decyduje szef policji.”


Postępuje fala aresztowań członków Bractwa; znamienne jest aresztowanie dziewięciu z nich w mieście Abu Kabir, tuż przed wyborami uzupełniającymi po śmierci jednego ze związanych z Bractwem parlamentarzystów. Od kilku lat obowiązuje też, przywodzące na myśl tureckie, prawodawstwo wymierzone w ugrupowania islamistyczne, choć mimo to – oraz mimo to, że rząd uznaje to ugrupowanie za nielegalne – Bractwo nadal działa dość jawnie. W ostatnich wyborach parlamentarnych jego członkowie, startujący jako niezależni, zdobyli jedną piątą miejsc.


Nie waloryzuje to jednak bynajmniej Bractwa, nie sprawia, by na piękne oczy dać mu kredyt. W odpowiedzi na zmasowane i długotrwałe represje rządowe przyjęło ono politykę z założenia niekonfrontacyjną wobec reżimu; nie dość tego: w swoim czasie bojówki tej organizacji potrafiły np. brać z ulic czy z uniwersytetów egipskich komunistów, by przekazywać ich na posterunki policji – w państwie, które stosuje ciężkie represje także wobec nich samych. Owszem, nawet zdaniem niejednego lewicowca w ostatnich latach zaszły szeregach tego ugrupowania zmiany – w ostatnich latach miały miejsce wspólne demonstracje islamistów i lewicy – jednak aż nazbyt wiele świadczy o ich ograniczoności. Przywoływane przez niektórych scenki w rodzaju „Mówię im, że jestem komunistą – i spoko” to za mało, by pozwolić sobie na hurraoptymizm.


Nie przeszkadza to w głoszeniu takich opinii, jakie zaprezentował Ali Ghalab, dyrektor fabryki tekstyliów w Kafr el-Dawwar, gdy w lutym 2007 r. strajkujący robotnicy przezywali go „Ali kalosz!”: „To Bractwo Muzułmańskie i komuniści. Za każdym problemem w dokładnie każdej fabryce kryje się Bractwo Muzułmańskie.”


Należy tu podkreślić skrajnie oportunistyczną postawę znacznej części kierownictwa Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie wobec wrzenia robotniczego w Mahalli: przerażającej ich wizji „nieposłuszeństwa obywatelskiego” przeciwstawili swój dogmatyczny legalizm. Jednocześnie wśród tych, którzy stanęli na wysokości zadania i wykazali się gotowością poparcia robotniczych protestów, wyraźnie zaznaczyli się socjaliści i komuniści. Mieli zarazem trudne i łatwe zadanie – sekretarz generalny Bractwa Mahmud Ezzat odmówił poparcia dla strajku generalnego, zaś inny jego przedstawiciel Abdel Moneim Abdel Maksud stwierdził, że Bractwo nie podejmuje mobilizacji w Mahalli. Gdy trwały rozruchy, spory odsetek działaczy fundamentalistycznych odcinał się od walczących mas. Niezła kłoda rzucona pod nogi egipskiej klasie robotniczej.


Egipt może okazać się dla świata arabskiego ważnym ogniwem w procesie odpływu fali islamistycznej i przypływu fali lewicowej. Warto wspomnieć, że jednym z motywów inspiratorów zamachów 11 września było pragnienie zapobieżenia pogłębianiu się kryzysu ugrupowań islamistycznych w Egipcie i Algierii. Nic dziwnego, że Ajman al-Zawahiri, prawa ręka Osamy Ben Ladena, jest Egipcjaninem i niegdysiejszym działaczem najbardziej reakcyjnego odłamu egipskiego Islamskiego Dżihadu – zraniona bestia staje się podwójnie niebezpieczna. Odpadki historii bywają groźne, lecz pozostają odpadkami – paradoksalnie zatem jego rodowód dobrze świadczy o dynamikach społecznych współczesnego Egiptu.


Należy równocześnie dodać, że właściwe, solidarnościowe stanowisko wobec protestów w Mahalli zajęło wiele zagranicznych ośrodków Bractwa. Wreszcie, publicznie poparł strajkujących oficjalnie stojący na jego czele Mahdi Akef. Uchodzi on jednakże za osobę mającą w nim o wiele mniejsze wpływy niż Ezzat, trzęsący partią i w wielkiej mierze decydujący o jej istotnym kursie. Wyraźnie zaznacza się opinia – jak się zdaje, wiarygodna – że wobec faktycznej roli drugiego z nich wystąpienia Akefa spełniają głównie rolę listka figowego. Nie jest to nawet brukowanie piekła dobrymi intencjami: o tym, co to za jeden, świadczy fakt, że w 2005 r. poparł w imieniu Bractwa kandydaturę Mubaraka na prezydenta (w tym samym czasie pojawiło się w Bractwie, wprawdzie słabe, parcie ku jednolitemu frontowi antyrządowemu z lewicą, co nawet zaowocowało pojedynczymi wspólnymi demonstracjami). Płaszczył się stwierdzając, że zgodnie z Koranem muzułmanin winien być posłuszny przywódcy – i licząc na ukrojenie kawałka tortu w postaci legalizacji Bractwa!


To zatem pełne hipokryzji zagrania pod publiczkę, tak by skryć rzeczywistość polityczną wyalienowanego od mas Bractwa. W Bractwie jednakże nieustannie zaznacza się – choć zapewne dość słabe, tym bardziej zaś bardzo dalekie od spójnego zorganizowania – skrzydło prorobotnicze, i tak w czasie przygotowań do kwietniowych strajków i protestów w Mahalli i innych miastach Egiptu, jak i we wcześniejszych miesiącach i latach pozostawało ono słyszalne. Na paru uniwersytetach powstały nawet związki studentów, organizowane przez lewicowych czy przynajmniej lewicujących młodych członków Bractwa – sprzeczności w jego łonie to także sprzeczności między starym a młodym pokoleniem działaczy – wspólnie z niektórymi trockistami; dały się też zauważyć tendencje do budowy znajdujących oparcie w Bractwie i niezależnych od rządu związków zawodowych. Wszystko to jednak nie zmienia w niczym dominujących w tym ugrupowaniu, bardzo negatywnych tendencji.


O sprzecznościach tych w swym artykule z maja 2007 r. pisali Beinin i el-Hamalawi, wskazując, że brak jest dowodów na „jakąkolwiek rolę” Bractwa w którymkolwiek z protestów robotniczych. „Trudno oczekiwać po Bractwie stanowiska solidarnościowego wobec pracowników, skoro nigdy nie miało ono mocnej bazy wśród przemysłowej klasy robotniczej, a przeszłości pomagało rządowi w łamaniu strajków. Choć część członków Bractwa działała na rzecz podniesienia obecnej fali aktywizmu robotniczego, w organizacji tej dają się zauważyć sprzeczności pomiędzy wpływowymi biznesmenami, dominującymi wśród przywództwa, a szeregowymi członkami, wywodzącymi się z dolnych segmentów klas średnich i biedoty robotniczej.”


Joel Beinin pisał w 2005 r.: „Bractwo Muzułmańskie ma długą historię łamania strajków i sprzeciwu wobec bojowej działalności związkowej, poczynając od lat 40., gdy starło się z komunistami w centrum przemysłu tekstylnego w Szubra el-Chajma na północ od Kairu. Bractwo pozostawało w opozycji wobec lewicy przez lata 80. i 90. Lecz w tym okresie Bractwo w sojuszu z Partią Pracy przyjęło stanowisko bardziej propracownicze, co jednakże niekoniecznie prowadziło do bardziej propracowniczych praktyk. Od śmierci w 2001 r. Adila Husajna, byłego komunisty, który został islamistą i przywódcą Partii Pracy, Bractwo powróciło do tradycyjnego dlań stanowiska probiznesowego.”


Z drugiej strony, gotowość do właściwej odpowiedzi tym mniejszościowym elementom w Bractwie, które zachowują pewien potencjał wywrotowy, wydaje się często obca znacznej części niejednokrotnie zaślepionej dogmatyzmem i skażonej, nieraz nieodwracalnie, inklinacjami stalinowskimi opozycji lewicowej i świecko-nacjonalistycznej. Między zachowaniami głównego, skrajnie prawicowego nurtu Bractwa, a praktyką polityczną wielu z tych ludzi znaleźć można symetrię: zyskując przychylność części świeckiej inteligencji w Egipcie, wspomagali oni siły reżimowe w ich represjach wymierzonych w „faszystowskich” islamistów. W ten sposób reżim z łatwością wygrywał sprzeczności wewnątrz opozycji na własną korzyść.


Przynajmniej część lewicowych autorów wiąże jednak nadzieję z różnorodnymi nurtami i tendencjami lewicowymi, od trockistów, poprzez część ruchów na rzecz praw człowieka, aż po grupy dysydenckie wewnątrz Bractwa Muzułmańskiego, ożywione między innymi za sprawą wybuchu Drugiej Intifady w Palestynie. Grupom tym ułatwiły przynajmniej nieco szersze zaistnienie protesty przeciw atakom powietrznym na Irak w 1999 r., następnie zaś wybuch powstania palestyńskiego, wobec którego przyjęły o wiele bardziej bojowe i solidarnościowe stanowisko niż prowadzący strusią politykę mainstream Bractwa. Ten po jednej z gwałtowniejszych demonstracji propalestyńskich w październiku 2000 r., gdy zapłonęły policyjne suki (o co wówczas bynajmniej niekoniecznie zadbali bezpośrednio sami policjanci), miał nawet czelność wystąpić z potępieniem „socjalistycznego sabotażu”!


Zastanówmy się teraz nad przeciwstawieniem przez Abdula Monema Mahmuda walki o chleb walce o demokrację – nad czymś, co najdelikatniej mówiąc bardzo dewaloryzuje jego wypowiedź. Całe filary jego analizy sytuacji we współczesnym Egipcie najzwyczajniej się walą: już w 2006 i 2007 r. postulaty ekonomiczne robotników Ghazl el-Mahalla – stanowiących awangardę egipskiej klasy robotniczej i od dawna cieszących się w kraju sporą sympatią – przerastały w postulaty polityczne, i szybko okazywało się, że jedne pozostają nieodłączne od drugich. W trakcie kwietniowej intifady w Mahalli, gdy trwały walki uliczne, masy zrywały z wściekłością, rozszarpywały, deptały i paliły wszechobecne w mieście podobizny znienawidzonego Mubaraka – za co niektórych poczęli zaciekle ścigać równie wszechobecni gliniarze. Krzyczano, by Dżamal Mubarak przekazał tatusiowi bardzo nieprzyjemne dlań przesłanie, skandowano: spierdalaj, Mubarak! Taki gniew nie rodzi się w jeden dzień, lecz długo pączkuje, aż wydaje owoce. Rządy długoletniego despoty ciągle wydają się mocne, lecz w rzeczywistości poczynają się chwiać jak alkoholik na rogatce. Już w grudniu 2004 r. na ulice wyszli ludzie, domagający się, by Hosni Mubarak, żarłacz ludojad senior, nie ubiegał się o reelekcję w wyborach prezydenckich w 2005 r. – stanowiących oczywiście plebiscytarną farsę – zaś Dżamal Mubarak, żarłacz ludojad junior, przestał myśleć o tym, jak to tatulek namaści go na swego następcę. Oczywiście ci, którzy wszystko traktują z osobna i w oderwaniu od siebie, powiedzą, że były to żądania „nie-ekonomiczne”.


W rzeczywistości ów mocny człowiek Bliskiego Wschodu dawno zrąbał się w portki. Tacy jak on – a także jego sponsorzy z Białego Domu – zawsze boją się mas, uznając je za nierozumny motłoch, który sam nie wie, czego chce. I zawsze na koniec dostają policzek, gdy masy stają się bojowe i pewne swego, ukazując swą podmiotowość, godność i świadomość dążeń, zawsze sprzecznych z interesami klas panujących, których reprezentantami pozostają Bush, Olmert, Mubarak i wszystkie inne groźne żarłacze ludojady tego świata. Z każdym niepowodzeniem, z każdą klęską uczą się – i coraz lepiej reprezentują się same, nie potrzebując reprezentacji tych, którzy działają za ich plecami i nie są ich reprezentacją. Walka klasowa nie zna interludiów, które wygrywają im na swą nutę mędrki z wieży z kości słoniowej, nadające dla Associated Press i innych burżuazyjnych badziewi – i trwać będzie aż do ostatniej sekundy, nim zostaną rozwiązane sprzeczności klasowe. Powstanie proletariatu Mahalli el-Kobry było czymś, co w końcu musiało nadejść, i strzepać swym biczem tego czy innego satrapę w tym czy innym reżimie arabskim. Było czymś, czego oczekiwały masy – nie oczekiwały bowiem westchnień za odrodzeniem wiekuistej ummy!


Mrzonki o kalifacie mało też chyba obchodzą wierchuszkę Bractwa – bardziej obchodzi ją giełda.


WALKA O CHLEB – WALKĄ O DEMOKRACJĘ


Dynamika bojów proletariatu nie jest dynamiką, którą zrozumieją gogusie, myślący zawsze w ostatniej instancji w kategoriach zagęszczonej co najwyżej od pokątnego puszczania wiatrów izby debat. Nigdy nie zrozumieją, że – jak podkreślało troje największych działaczy dwudziestowiecznego ruchu robotniczego: Lenin, Trocki i Róża Luksemburg – walczący proletariat w dziesięć dni pobiera dziesięć lat nauki.


Już w kontekście strajku w Ghazl el-Mahalla we wrześniu 2007 r. oraz innych ówczesnych protestów pracowniczych tak pisał na swym blogu Hossam el-Hamalawy, odpowiadając mędrkom, którzy dowodzili „czysto ekonomicznego” charakteru wystąpień:


„Jeśli robotnicy w klasycznej dyktaturze trzecioświatowej dokonują mobilizacji strajkowej, wiedząc, że brak im związków, które będą ich bronić, wiedząc, że ich akcja jest »nielegalna« i że może dojść do konfrontacji z siłami bezpieczeństwa, zdolnymi przypiąć im przewody elektryczne do jaj i zastraszać ich rodziny, wiedząc, że możliwa jest śmierć od kul policyjnych – wówczas wszczęty przez nich strajk, nawet oparty o żądania »ekonomiczne«, ma wielkie konotacje »polityczne«.


Jeśli strajkujący w fabryce robotnicy osiągają zdobycze »ekonomiczne«, i rozlewa się to na ogólniejszą walkę tak w ich sektorze przemysłu, jak i w innych, niepowiązanych z nim bezpośrednio sektorach gospodarki – to jest to polityka!


Jeśli wśród robotników powstaje ferment, byłoby głupotą oczekiwać, że ich poziom bojowości oraz pewności, co dalej robić, będzie w pełni ujednolicony. Podczas gdy w grudniu ubiegłego roku część robotników w Ghazl el-Mahalla zadowoliła się miską soczewicy, wracając do pracy po osiągniętym zwycięstwie, znalazła się i bardziej bojowa grupa robotników, naciskająca, by dać czerwoną kartkę skorumpowanym, sponsorowanym przez rząd związkom zawodowym i wymachująca brzytwą w postaci postulatu budowy niezależnej, alternatywnej sieci związkowej. Oto polityka! Walka o niezależne związki zawodowe zawsze znajdowała się w samym sercu transformacji politycznej, czy to w dawnych państwach stalinowskich, czy w dyktaturach w Korei Południowej i Ameryce Łacińskiej, czy w wielu innych wypadkach. To samo żądanie jak bumerang powraca teraz po wiosennym odwrocie, po rządowym ataku na działaczy związkowych związanych z Centrum Związków Zawodowych i Służb Robotniczych i innymi organizacjami lewicowymi, nagonce i potwarzach. Ta walka nie rozegra się szybko. Potrzeba czasu. Lecz klasa robotnicza poruszyła się – od czasu mrocznych dni wściekłego ataku skupionych wokół Mubaraka neoliberalnych gangsterów w latach 90., którego skutkiem jest przetrącenie kręgosłupa przemysłu tekstylnego. Oto dlaczego tak wspaniale rysuje się obraz najsilniejszego oporu wobec neoliberalnej dyktatury w tym właśnie sektorze. Cóż mogę rzec? Mahalla nie przestaje mnie zadziwiać.” O tak, mnie również! „Byli, są, i zawsze będą źródłem inspiracji.” Tak, tak, po trzykroć tak – nie tylko dla egipskiego proletariatu! Tak jak „Budryk” był, jest i zawsze będzie źródłem inspiracji nie tylko dla polskiego proletariatu!


„W części miejsc, gdzie doszło do strajków, powstały zrzeszenia działaczy. Nim nastał grudzień 2006 r., nigdy nie słyszało się takich oto nazw: Robotnicy Tekstylni Kafr el-Dawwar Na Rzecz Zmiany, Młynarze Na Rzecz Zmiany, Ruch 7 Grudnia Na Rzecz Zmiany. Część działaczy zaangażowanych na tych frontach jest mi znana, mogę więc rzec ze spokojem: to nie »fenomen internetowy«, lecz wyrastające jak grzyby po deszczu sieci, starające się o połączenie najbardziej bojowych robotników w różnych centrach przemysłowych. Oto polityka!


Jeśli w strajkach w znaczącym stopniu uczestniczą kobiety, nieraz wysuwając się na czoło i przyjmując bardziej bojowe stanowisko niż robotnicy-mężczyźni, to jest to polityka! Mowa o dziesiątkach tysięcy kobiet w opresyjnym społeczeństwie, stawiających wyzwanie roli, jaką przypisuje się ich płci, i walczących ramię w ramię, nieraz zaś przewodzących ich kolegom-mężczyznom. Oto polityka!


Pozwolę sobie wtrącić swoje trzy grosze. Już w swym napisanym niecałe dwa miesiące temu tekście Mahalla znaczy: Proletariat gorszy od islamu tak pisałem: „Kilka dni przed strajkiem miała miejsce znamienna rozmowa. Gdy jeden z działaczy związkowych mówiąc o roli kobiet w poprzednich strajkach w Mahallah użył sformułowania »owe damy«, tak skontrowała go jedna z działaczek: »Nie nazywaj nas damami! Jesteśmy robotnicami i jesteśmy z tego dumne. Pracujemy w fabryce, pracujemy w domu, pracujemy na roli, jesteśmy robotnicami!« Choćby chodziła w burce – jest bardziej wyzwolona niż którakolwiek zachodnia tleniona blond-lala, nawet gdy pozostaje to poza skromnym zasięgiem wyobraźni wszystkich burżuazyjnych pseudofeministek pokroju Magdaleny Środy!” El-Hamalawy w swym materiale o dialektycznym związku między żądaniami ekonomicznymi i politycznymi – nie znałem go, gdy pisałem te słowa – przedstawia na swym blogu zdjęcie osoby, która trzyma kartkę z hasłem: „Precz z rządem – chcemy wolnego rządu!” – osoba ta to właśnie kobieta w burce. (Kwestia nakryć głowy każe raz jeszcze zadać pytanie: co gorsze, udar słoneczny czy prawicowy dogmatyzm?) Już w grudniu 2006 r. tamtejsze robotnice wykazały niezwykłą gotowość do strajku i mobilizowały doń kolegów zuchwałymi i pełnymi cierpkiej ironii zapytaniami, gdzie podziali się faceci. Gdzie zgubili jaja, te olamy i ciepłe kluchy! Już wówczas krążyła fama, że to robotnice są najbardziej bojowe w Ghazl el-Mahalla. W trakcie kwietniowej intifady robotniczej stawały na pierwszej linii frontu przeciw umundurowanym zbirom kliki Mubaraka.


Oto jak egipskie kobiety walczą z będącymi zmorą wszystkich krajów arabskich seksizmem, mizoginizmem i patriarchatem: nietrudno znaleźć je na zdjęciach z pikiet strajkowych, bynajmniej nie tylko w Mahalli. To bowiem nie pudelkowate i wydelikacone damulki z klas średnich i wyższych – to dzielne i doświadczone przez życie, niezłomne, bojowe robotnice. Dają nieocenioną lekcję poglądową, czym różni się feminizm socjalistyczny od feminizmu burżuazyjnego: każdy burżuj, każda biurokratyczna świnia i każdy uzbrojony po zęby obleśny goryl, słowem każdy zwiędły przeżytek przebrzmiałego starego społeczeństwa, ujrzy w każdej z nich przerażającą, groźną, straszliwą, bezlitosną, nacierającą z włócznią amazonkę! To dlatego właśnie pełna – tak jak i one, prawdziwe bohaterki naszych czasów – najlepszych soków witalnych Róża Luksemburg – nie Marks i nie Engels, nie Lenin i nie Trocki – potrafiła rzec o woli mocy socjalizmu.


Hitler chciał widzieć kobietę głupiutką i potulną – egipskie robotnice pewno zabiłyby śmiechem takiego huncwota. Mubarak? Nevermind!


Zobaczmy, co dalej ma do powiedzenia el-Hamalawy – a ma dużo. „Przeskok od »ekonomicznego« do »politycznego« jest nadzwyczaj łatwy w wypadku robotników z sektora publicznego. A to dlatego, że angażując się w strajk o posmarowany chleb, bezpośrednio angażują się przeciw menadżerom przyniesionym w teczce przez rząd, przyniesionym w teczce przez rząd biurokratom związkowym, rządowym siłom bezpieczeństwa. To zawsze działa jak katalizator, dzięki któremu robotnicy z sektora publicznego odnajdują generalną naturę polityczną ich walki ekonomicznej.”


Dalej el-Hamalawy przypomina o niesionym przez jedną z robotnic haśle antyrządowym, i wspomina o uwiecznionych na video robotnikach skandujących hasła wymierzone w Bank Światowy i kolonializm! Na ładnych parę miesięcy przed depeszą solidarnościową z Manchesteru od Geoffa Browna... Oto świadomość klasowa, która pozwala El-Hamalawiemu uderzyć w polityczną dziecinadę wszystkich mówiących o „czysto ekonomicznym” charakterze protestów robotniczych w Egipcie takimi oto słowami: „Oznacza to, że powoli wzrasta liczba robotników, którzy doszli do wniosku, że należy obalić rząd i stawić czoła porządkowi międzynarodowemu, na którego czele stoją takie instytucje finansowe jak Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy, aby wygrać pulę zwykłych żądań »ekonomicznych«, które nakręciły ich akcję. Towarzysze, w sercu dzisiejszych wydarzeń w Ghazl el-Mahalla i innych fabrykach znajduje się polityka.”


Warto wspomnieć, że wysokie ceny ropy ułatwiają czynnikom rządowym Egiptu wyjście naprzeciw przynajmniej niektórym żądaniom ekonomicznym; wpłynęło to także na odpowiedź na strajki w Ghazl el-Mahalla w grudniu 2006 r. i wrześniu 2007 r. Mimo to, wrzenie nie ustało. Dziwne?


Beinin i el-Hamalawi w swym artykule z marca 2007 r. tak piszą: „Część robotników – dotąd trudno orzec, ilu – zaczęła dostrzegać związek między swą pustą kieszenią a szerszymi uwarunkowaniami politycznymi i gospodarczymi: okopaniem się autokracji, potężną niekompetencją i korupcją rządową, serwilizmem reżimu wobec Stanów Zjednoczonych i jego niezdolnością realnego wsparcia dla Palestyńczyków czy sprzeciwu wobec wojny w Iraku” – warto dodać, że reżim ten pogrzebał większość owoców zwycięstwa palestyńskiego ruchu oporu, jakim było wysadzenie w powietrze muru na granicy Strefy Gazy i Egiptu w styczniu 2008 r., wcześniej zaś, w lipcu i sierpniu 2006 r., w trakcie niezwykle niszczycielskiej inwazji Izraela na Liban, nie odcięto nawet dostaw prądu z Egiptu do Izraela – „wysokiego bezrobocia czy bijącej po oczach przepaści między bogatymi a biednymi.”


OFFLINE: REWOLUCJI (JESZCZE) NIE BYŁO


Jak pisał w 2007 r. przebywający na uchodźstwie w Damaszku lider palestyńskiego Hamasu Chaled Meszaal, „Polityk to nie ktoś, kto widzi wielkie przeskoki, to ktoś, kto jak lekarz odczytuje niewielkie zmiany temperatury, czy jak malarz zauważa najsubtelniejsze odcienie. Także w polityce, różnice mogą pozostawać ograniczone, niemniej niepozbawione wpływu dla tych, którzy pragną podejmować niezależne decyzje i wdrożyć wszystkie otaczające czynniki w tryby interesu ich ludu i narodu.” Niektórzy zaś nie tylko nie odczuwają niewielkich zmian temparatury i nie zauważają najsubtelniejszych odcieni, lecz pozostają nieczuli i ślepi na to, co – choć jeszcze nie jest wielkim przeskokiem – da się odczuć i zauważyć bez termometra i lupy.


Gdy mowa o możliwości wielkich zmian, nie znaczy to rzecz jasna automatycznie, że nadejdą rychło: alkoholik na rogatce może długo chwiać się, by w końcu niestety utrzymać jednak pion. Po krwawej rozprawie egipskiego reżimu z protestującymi w Mahalli grupa Facebook zaczęła kolportować – najwyraźniej w kraju z czterdziestoprocentowym współczynnikiem analfabetyzmu zbyt wielu ceniło przy tym wyżej internet niż ulicę – wezwania do kolejnej fali protestów 4 maja, w 80. urodziny Mubaraka. Tak skomentował porażkę tej mobilizacji el-Hamalawy: „Przeglądając internet, można znaleźć zdumiewające śmieci, napisane przez działaczy lewicowych, sądzących, że walka toczy się w przestrzeni wirtualnej – rozpisują się zatem o »cyberleninizmie«, »cyberrewolucji«, »władzy blogerów« (ech, jakże przypomina mi to durny slogan maja 1968 r. o »władzy studentów«), itd., itp... Jesteśmy rewolucyjnymi socjalistami. Uznajemy Władzę Robotniczą. Antykapitalistyczne blogowanie nie doprowadzi do obalenia kapitalizmu. Kapitalizm zostanie obalony, gdy klasa robotnicza przejmie kontrolę nad procesem produkcyjnym w fabrykach, na ziemi i w miejscach pracy. Wbrew temu, co niektórzy sobie roją, blogi nigdy nie odbiorą centralnej roli gazecie rewolucyjnej, owemu rusztowaniu, z pomocą którego zbudujemy nasze organizacje i partie. Nie ma i w żadnym razie nie może być czegoś takiego jak »rewolucja online«. Niemniej rewolucyjni socjaliści muszą pozostać na czasie, wykorzystując technologię dostępną w erze cyfrowej. Gdy w 1917 r. jeden sowiet pragnął skontaktować się z drugim, wysyłano konnego posłańca. Wieści z frontu dochodziły spóźnione o kolejne dni, jeśli nie miesiące, i powoli przedostawały się do innych krajów. Dziś możemy kontaktować się z pomocą e-maili, telefonów przenośnych itp. (Pamiętajmy o roli egipskich blogerów w mobilizacji solidarności w kraju i w skali międzynarodowej ze strajkującymi w Mahalli we wrześniu 2007 r.) Internet to jedynie medium, narzędzie pomagające w naszej działalności »offline«. Nasza siła zawsze będzie wypływać z tego, że jedną nogą znajdujemy się w przestrzeni wirtualnej, drugą zaś, co ważniejsze, stoimy twardo na ziemi.”


Efektowne – i z całą pewnością zawiera ziarno prawdy – choć moim zdaniem nie wyczerpuje jednak sprawy.


Tak jak rosyjskie masy ludowe nie mogłyby – nawet gdyby istniał wówczas internet – zmieść w sieci najpierw caratu, następnie zaś panowania burżuazyjnego, i tak jak Hamas nie mógł samym kliknięciem myszki wysadzić muru na granicy Strefy Gazy z Egiptem, tak proletariat Mahalli el-Kobry nie mógł zetrzeć się z siłami reżimu Mubaraka trollując na jakimś forum dyskusyjnym. Prawda; ale jeśli istotnie owi blogerzy myśleli inaczej, to mowa jedynie o jednym z przejawów alienacji mniej czy bardziej szerokiej części lewicowego kierownictwa, a także tych, którzy do tego kierownictwa pretendują.


Chaled Ali z niezależnego od rządu Centrum Prawniczego Hiszama Mubaraka mówi podobnie jak el-Hamalawi o kwietniowych planach strajku generalnego: „[Wezwania przez internet] to nie jest sposób, w jaki planuje się i organizuje strajk generalny. Taki strajk musi zostać zorganizowany, skoordynowany i poprowadzony oddolnie, przez wolne i niezależne organizacje robotnicze, przez samych robotników – nie przez ludzi z zewnątrz ruchu pracowniczego.”


Dla Alego jest to wyrazem czegoś głębszego: „Ogłoszenie strajku generalnego było przewczesnym działaniem przywódców nieskutecznych partii i ugrupowań politycznych. Strajki pracownicze, tym bardziej strajki generalne, są organizowane i prowadzone przez samych robotników, nie przez odizolowane figury z kierownictwa politycznego. W tym ogłoszeniu »strajku generalnego« wiele jest oportunizmu politycznego.”


Nic nie zmienia tu, że jeden z owych „cyberrewolucjonistów” chełpił się w kwietniu – chyba urywając się z choinki: „Około 40% Egipcjan odpowiedziało na apel strajkowy w tym miesiącu. Bez względu na dyktatorskie metody państwa, 4 maja oczekujemy jeszcze większej odpowiedzi.” Tak mówi pewnie ktoś, kto kocha ruch robotniczy, ale nienawidzi robotników z krwi i kości.


Chociażby krytyki kierowane pod adresem Facebook miały być przesadzone, pewnikiem jest, że mimo rozbudzenia mas wciąż trwa w Egipcie przynajmniej dość głęboki kryzys proletariackiego kierownictwa.


LEKCJE


Czy jednak znaczy to, że walka proletariatu Mahalli i innych miast Egiptu nie przyniosła żadnych rezultatów? Takie stwierdzenie nie byłoby niczym ponad potwarz dla walczących. Już 8 kwietnia do miasta przybył premier Ahmad Nazif – wierny jak zapchlony kundel po lobotomii zaleceniom posłusznych międzynarodowemu kapitałowi globalnych instytucji – i przyrzekł tamtejszym robotnikom premię odpowiadającą wynagrodzeniu za 30 dni pracy, zaś robotnikom w innych zakładach sektora tekstylnego – uwaga! w całym Egipcie – premię odpowiadającą wynagrodzeniu za 15 dni pracy.


Ostatnie wydarzenia sprawiły, że klika Mubaraka kolejny raz narobiła w portki, co miało kapitalny wpływ na decyzje dotyczące sektora publicznego w całym kraju. Jak czytamy w cytowanym wcześniej artykule z The Daily News, „W tym miesiącu, dosłownie na dniach przed planowanym na 4 maja strajkiem generalnym, rząd ogłosił, że płace pracowników sektora publicznego wzrosną o 30%.” Należy jednak poczekać z wystrzałem korka od szampana: „6 maja przyjęto ustawę, która znosi bądź ogranicza subsydia na energię, oraz oznacza podniesienie cen paliwa. Krytycy przestrzegają, że ów ruch rozbucha już galopującą inflację i pożre wszelkie wyraźne korzyści z 30%-owej podwyżki.” To w sytuacji, gdy w samych pierwszych trzech miesiącach 2008 r. ceny artykułów żywnościowych takich jak ryż czy oliwa podskoczyły o 50%.


Ruch taki – należy dodać – uderzy też w szczególności w pracowników sektora prywatnego, którzy w momencie skoku cen nie mają gwarancji zwiększenia nominałów w kieszeni. Może wówczas inwestujący w Egipcie zagraniczni burżuje – często pochodzący z krajów peryferycznych takich jak np. Indie – bardziej zainteresują się tamtejszą falą strajkową.


Tak mówi Joel Beinin: „Są dwie możliwości: albo pracownicy zostaną zmiażdżeni, aż kapitał wymości sobie legowisko – tak jak stało się w Chinach – albo, co zależy od tego, jak długo utrzyma się obecna fala protestów, robotnicy zdołają dotrzeć do tych, którzy pozostają nieuzwiązkowieni.” W napisanym przezeń wspólnie z el-Hamalawim w maju 2007 r. artykule czytamy: „Choć sprywatyzowane przedsiębiorstwa początkowo godzą się na pensje i premie odpowiadające tym w sektorze publicznym (nieraz nawet płace są wyższe), wymagania konkurencji na rynku międzynarodowym prowadzą w końcu do cięcia płac i pogorszenia warunków pracy. Ponieważ w sektorze prywatnym niewiele jest związków zawodowych, sprzeciwiającym się jednostronnym działaniom prywatnego kapitału robotnikom brak nawet słabego mechanizmu instytucjonalnego w postaci sponsorowanej przez państwo federacji związkowej.” O tym, jaki los spotyka próby zorganizowania związków w przedsiębiorstwach prywatnych, niech świadczy historia dwóch prywatnych firm tekstylnych w Mahalli: w jednej liderzy związkowi znaleźli się pośród kilkunastu osób, które dostały wymówienie, w drugiej z kolei przywódcy związku dali się przekupić podwyżką płac – dla nich samych, rzecz jasna. Raz jeszcze niejeden, w tym niejeden polski związkowiec, mógłby rzec: tak to jest w Egipcie, a Egipt znaczy wszędzie.


Fama tycząca przedsiębiorstw prywatnych w Egipcie jest następująca: poza umową o zatrudnieniu otrzymujesz niewypisany czek oraz list z rezygnacją, bez daty. Czy wielką przesadą byłoby powiedzieć i tym razem: Egipt znaczy wszędzie?


Taka fala, jak fala protestów robotniczych w Egipcie – i wszędzie, rzecz jasna – może albo posuwać się naprzód, albo cofać. Tertium non datur. Jednak nawet w wypadku długotrwałej porażki lekcja Ghazl el-Mahalla i innych zbuntowanych skupisk robotniczych pozostanie ważną lekcją.


Pozostanie niewątpliwie ważną lekcją dla reżimu Mubaraka. Ten ciągle główkuje, jak zacieśnić pętlę. Oczekując kolejnych niepokojów w związku z rosnącymi cenami, na gwałt poszukuje środków, by zasilić, niedostateczny dlań, budżet aparatu bezpieczeństwa. W związku z tym minister spraw wewnętrznych Dżihad Jusuf wystąpił niedawno przed parlamentem, mówiąc o konieczności zainwestowania w non-lethal weapons – tarcze plastikowe, gaz łzawiący itp., jak też w systemy komunikacji dla służb mundurowych, wyspecjalizowanych w rozpraszaniu tłumu. Premier Ahmad Nazif oczywiście sypnął kasą, jednak jego minister uznał te środki za niewystarczające; problemem okazały się też rozliczenia w słabnących wobec euro dolarach amerykańskich. Do służb Mubaraka rekrutowani są mieszkańcy wsi, dla których oznacza to miraż awansu społecznego.


Tymczasem 25 maja agencja Reutera doniosła, że główny (nie licząc Busha i Olmerta, oraz paru innych rzecz jasna) żarłacz ludojad planuje przedłużenie o rok okresu obowiązywania mających wygasnąć pod koniec miesiąca, wspomnianych już ustaw nadzwyczajnych.


Mubarak dostał więcej niż chciał. 26 maja parlament egipski 305 głosami przeciw 103 przedłużył okres obowiązywania owych ustaw o kolejne dwa lata. Mowa też o uchwaleniu nowych ustaw „antyterrorystycznych”. Ahmad Nazif, jak przystało na psa łańcuchowego czołowych sił globalizacji imperialistycznej, świetnie wpisał się w tę retorykę, którą od co najmniej paru lat szermuje Bush i jego klika. Oto słowa egipskiego premiera: „Wykorzystamy to ustawodawstwo wyłącznie w walce z terroryzmem, oraz by chronić bezpieczeństwo kraju i jego obywateli.” Tak, odrobili lekcję ostatnich lat – i wiedzą, jak wodzić masy ludowe za nos: wszak w ubiegłym roku minister spraw parlamentarnych Mufid Szehab obiecywał, że w 2008 r. ustawy nadzwyczajne przestaną obowiązywać, choćby nie zdążono przygotować mających je zastąpić ustaw „antyterrorystycznych”. Zastąpienie przez nie ustaw z 1981 r. obiecywał sam Mubarak podczas kampanii reelekcji w 2005 r., dotąd jednak jeszcze nie są gotowe. Ale pewno się zrobi – będzie miał stryjek i siekierkę, i kijek.


Jak mówi sekretarz generalny Egipskiej Organizacji Na Rzecz Praw Człowieka Hafez Abu Seada, w kręgach rządowych „brak jest prawdziwej woli politycznej, by skończyć z ustawami nadzwyczajnymi w Egipcie”.


Lecz lekcja kwietniowych – tak jak i wcześniejszych – walk społecznych w Egipcie to także lekcja dla tamtejszych klas wyzyskiwanych. Joel Beinin wskazuje na strajki nauczycieli i lekarzy, pracowników służb cywilnych, jak też strajki grup, które zwykle uchodzą za najwierniejszych pomagierów klas panujących: „Strajk poborców podatkowych, robotników w białych kołnierzykach, swymi rozmiarami dwukrotnie przerósł strajk w Mahalli. To frapujące. Zastrajkowali, rząd zaś szybko odpowiedział.” I podsumowuje w jedyny słuszny sposób: „Nie ulega wątpliwości, że dzieją się rzeczy, gdzie widać bezpośrednią czy pośrednią inspirację ze strony ruchu robotniczego.”


Reżim Mubaraka – tak jak i inne reżimy arabskie – jest spróchniałym drzewem oczekującym na błyskawicę. Czy i co okaże się nowym strzałem z Aurory – strzałem z Aurory nowej prawdziwej... intifady na całego?


Alternatywa jest chyba tylko jedna: wieloletni i coraz bardziej srogi stan wyjątkowy, rytm życia ustalony przez nieprzemijającą godzinę policyjną. I niespełniony głód wolności, będący też niespełnionym głodem chleba.


MIOTŁA HISTORII


Trawestując Trockiego: intifada pożera ludzi i charaktery. Niszczy najmężniejszych, sieje spustoszenie wśród słabszych.


Trawestując Trockiego po raz drugi: intifady zawsze cechowały się brakiem uprzejmości. Przypuszczalnie wskutek tego, że klasy panujące nie postarały się zawczasu o wpojenie ludowi wykwintnych manier.


Trawestując Trockiego po raz trzeci: intifada wydaje się całkowitym szaleństwem tym, których zmiata i obala.


W swej czteroczęściowej, napisanej w ostatnich miesiącach 2007 r. pracy „Palestyna a Realpolitik” nawiązałem do libańskiego marksisty Gilberta Achcara, mówiącego o fali islamistycznej jako fali, która powstała niejako „w zastępstwie” fali lewicowej, oraz o rewolucji irańskiej jako odwróconej rewolucji rosyjskiej 1917 r. – odwróconej rewolucji permanentnej. Zadałem też pytanie, jak uczynić kąt półpełny kątem pełnym – jak odwrócić odwróconą rewolucję permanentną.


Część kluczy do odpowiedzi na to pytanie dzierżą w rękach kierownictwo i szeregi szyickiego Hezbollahu w Libanie, ewoluującego od tradycji rewolucji chomejnistowskiej ku teologii wyzwolenia – a także kierownictwo i szeregi sunnickiego Hamasu w Palestynie, jakby podążającego ścieżką Hezbollahu, i co najmniej przez ostatnie dwa lata nie dającego już tu mówić o dodreptywaniu. Ta ewolucja wynika jednak ze specyfiki tych ugrupowań, ugrupowaniań wyzwoleńczych z krwi i kości, zmuszonych więc uczyć się coraz trudniejszej, coraz bardziej zawiłej, a często wręcz zagadkowej gramatyki języka bieżących i długofalowych zadań, by dotrzymać tempa wydarzeniom i nie utracić przywództwa. Jednocześnie „tradycyjna” lewica w Palestynie i Libanie jest w najlepszym razie zdolna biec zasapana za owymi prowodyrami walki ludowej. Tak jest ze szczycącym się bogatą tradycją rewolucyjną Ludowym Frontem Wyzwolenia Palestyny – choć ciągle budzi on pewne nadzieje na odrodzenie, duża część jego kierownictwa i szeregów siada (nie od) dziś okrakiem na barykadzie wewnątrzpalestyńskiej, dzielącej siły ruchu oporu od sił oportunizmu, zdrady i kolaboracji z okupantem. Tak jest nawet z pod wieloma względami fantastyczną Libańską Partią Komunistyczną.


W Egipcie natomiast największe ugrupowanie opozycyjne, jakim jest Bractwo Muzułmańskie, przynajmniej zaś większa jego część, najwyraźniej haniebnie zbankrutowała – dając w ręce lewicy ową miotłę historii, za sprawą której może ona się odrodzić i pomóc odrodzić się lewicy w całym świecie arabskim, czy nawet arabsko-muzułmańskim, raz na zawsze zmiatając do śmietnika historii niepotrzebne przebrzmiałe odpadki. Kto wie, czy proletariat Mahalli el-Kobry i innych miast Egiptu, bez względu na brak okrzepłego kierownictwa, nie dzierżą najważniejszych ze wszystkich kluczy, bez których nie da się dojść do odpowiedzi na pytanie, czym ma być odwrócenie odwróconej rewolucji permanentnej. Nic rzecz jasna nie daje gwarancji, że takie nadzieje się ziszczą, w niczym to jednak nie zwalnia ludzi prawdziwej lewicy – od najbardziej radykalnej po najbardziej umiarkowaną – od obowiązku bezwarunkowej solidarności z proletariatem Egiptu w jego walce, z pewnością jednej z najbardziej dramatycznych i zarazem obiecujących walk klasowych świata arabskiego w ostatnich dziesięcioleciach. Jest dokładnie przeciwnie – powodzenie takiej walki zawsze w znacznej mierze zależało, zależy i zależeć będzie od poziomu międzynarodowej solidarności ze strony tych, od których w pierwszej mierze należy jej oczekiwać.


„Arabski Chávez” – który, jeśli tylko się pojawi, z pewnością wykrzyknie: „Na pohybel arabskiemu Szaronowi!” – może okazać się wyraźnie bardziej radykalny od „pierwowzoru”, a nawet zradykalizować ów „pierwowzór”, jak też dać mu nową przestrzeń dla tej najśmielszej emancypacyjnej polityki, dla wzniesienia na nowy poziom nieznoszącej przerw walki wszystkich walk: walki klasowej. Może też dać świeży oddech i potężny zastrzyk nowych sił lewicy antykapitalistycznej w Europie i wszędzie indziej na świecie.


Niech Trocki zmiecie ten Matrix – grzeczny proletariat jest marzeniem ściętej głowy Mubaraka i jego kliki, oraz – koniec końców i co najważniejsze – marzeniem ściętej głowy egipskich, arabskich i światowych klas panujących!



Viva Mahalla el-Kobra!

Zmieniony: czwartek, 01 kwietnia 2010 10:28
 
Rewolucja pożera ludzi i charaktery. Niszczy najmężniejszych, sieje spustoszenie wśród słabszych.
Lew Trocki
Reklama